Publicystyka

Co ma daniel na łbie?

Baltazar Niemów zadzwonił jeszcze przed śniadaniem.
– Kolego Wygadany! Mam na Was haka! Już się nie dacie rady wykręcić! Czekam w Okręgu!
Cóż miałem zrobić? Pojechałem.
Na konferencyjnym stole leżały trzy łby danieli. Ładnie wybielone, opisane, i każdy inny: łyżkarz, badylarz i łopatacz.
– No to się teraz sprawa rypnie – mój rozmówca był najwyraźniej zaaferowany – możecie mi powiedzieć, co tu widzimy?
Popatrzyłem jeszcze raz na poroża, przyjrzałem się czaszkom. By zyskać na czasie, zapytałem spokojnie: A gdzie żuchwy?
– Jakie żuchwy! Nie o żuchwy idzie, tylko o trofea!
– Nie mam rozeznania w danielach…
Baltazar Niemów nie wytrzymał:
– Wygadany, wy dobrze wiecie, o co mi chodzi! O nazwę mi chodzi, nie o poprawność odstrzału!
Wziąłem kartkę długopis i siadłem obok poroży. Gestem zaprosiłem mego rozmówcę, by zajął miejsce obok.
Zacząłem rysować i pisać.
Poroża łosi: szpicak, badylarz, półłopatacz, łopatacz. Naszkicowałem z grubsza ich kształty. Objąłem nawiasem i wielkimi literami napisałem: ROSOCHY.
– Ale mnie nie o łosie chodzi – Baltazar był już zniechęcony.
– Dobrze, dojdziemy i do danieli.
Znów napisałem i zrobiłem szkice.
Poroża jeleni: szpicak, widłak, szóstak, ósmak i inne. Nawias i wielkie litery: WIEŃCE, ORĘŻE.
Teraz daniele.
Poroża danieli: szpicak, łyżkarz, półłopatacz, łopatacz. Nawias i…
Spojrzałem na mojego Kolegę. Czekał. Ja też.
– No i co teraz? – zapytał.
– Ano nic! Nie ma słowa, które nazywałoby poroże danieli.
Rzeczywiście, daniel jest przybyszem w naszych lasach i polach. Zawsze był raczej zwierzyną parkową, więc nie wytworzyły się nazwy dla oznaczenia tego, co daniel nosi na łbie. Częściowo przejął nazewnictwo od łosia ze względu na podobieństwo w budowie tyk: półłopatacz, łopatacz. Ale rosochy już jakoś nie pasowały!
– Kolego Baltazarze, jeśli rosochy nie „przykleiły” się do daniela, to może skorzystać z jednego ze sposobów tworzenia neologizmów, tzw. derywacji wstecznej i „obciąć” rosochy?
– Jak to obciąć?
– No zwyczajnie: obciąć rosochom początek. Zamiast roSOCHY będziemy mieli sochy; to wyraz znany rolnikom, a innym choćby z wiersza Marii Konopnickiej „temu tylko pług a socha, kto tę czarną ziemię kocha”! 
Poroże daniela całkiem przypomina sochę, łopata na kształt deski-odkładnicy, ostroga jak piętka na listwie. Wyraz ma wszelkie cechy neologizmu, a nawet neosemantyzmu.
Czyż nie warto go upowszechnić? Wypełniłaby się luka w słownictwie łowieckim, zniknęłoby puste miejsce w tabelkach i wykazach ocen prawidłowości odstrzału. Widniałoby tam dumnie nowe-stare słowo SOCHY!
A i w opowieściach nemrodów moglibyśmy odtąd słyszeć zachwyty: Ach! Jakie cudowne soszki miał ten byczek!
Baltazar Niemów patrzył na mnie długo… ale nic nie powiedział.
 

Znów o capie

Spotkałem się z opinią, że neguję zawsze żywą zasadę wolności słowa, a raczej wolności tworzenia słów.
Mianowicie, że w każdym środowisku, w każdej grupie społecznej, może powstać i funkcjonować nowy wyraz. Jeśli dana grupa go używa, jeśli się przyjął, to trzeba go usankcjonować. Chodzi o słowo ‘cap’ używane dla nazwania samca sarny. Nie twierdzę, że można zabronić komukolwiek, a szczególnie dużej grupie, nazywać coś po swojemu. Więc mogą oni (ta grupa myśliwych), nazywać rogacza według swoich zwyczajów, mogą mówić na kozła choćby kajtek! Jeśli się rozumieją i to im się podoba.
Tylko co to ma wspólnego z poprawnością?
I czy to jest neologizm? Bo to legitymizowałoby jego używanie.

Rozpatrzmy w skrócie, jak powstają neologizmy:
  1. przez afiksację, czyli dodawanie sufiksów lub prefiksów np.: dokarmiać (do – karmić), żubroń (żubr – oń)
  2. przez derywację wsteczną, czyli obcięcie wyrazu np.: podryw (podrywać), podrzut (podrzucać), odstrzał (odstrzelić)
  3. przez kompozycję czyli połączenie np.: samoczynny (samo – czynny)
  4. przez połączenie głoskowych lub literowych części nazw wielowyrazowych (tzw. skrótowce) np.: ohazet (OHZ – Ośrodek Hodowli Zwierzyny), pezeteł (PZŁ – Polski Związek Łowiecki)

Wyraz ‘cap’ nie kwalifikuje się do żadnego z tych przykładów. To nie neologizm, bo słowo dawno znane, raczej neosemantyzm, czyli wyraz, który mógł otrzymać nowe znaczenie, przypisano mu nowy derywat. Takie przykłady możemy często obserwować w żywym języku. Kłusownik był znany w przeszłości jako ktoś polujący bez pozwolenia właściciela pola (pola – w znaczeniu ziemi uprawnej). Obecnie to zupełnie inne znaczenie, to polujący bez uprawnień lub nie przestrzegający prawa łowieckiego.
Podobnie dawny (spoza łowiectwa) aferzysta oznaczający człowieka interesu, dziś ma wydźwięk wyłącznie negatywny.  Aferzysta to przestępca.
Podobnie zmieniło się znaczenie słowa kolaborant. Sto lat temu oznaczało ono współpracownika, po II wojnie to zdrajca na służbie niemieckiej.                                                                                                                                                                          
Ale w przypadku ‘capa’ nie było uzasadnienia do zmiany znaczenia. ‘Cap” oznacza samca kozy domowej (pisałem już kiedyś o nim, że lepiej się trzymać od niego z daleka, bo ‘capi’), także samca kozicy górskiej, która u nas nie należy do zwierząt łownych. Samiec sarny ma dwie, całkiem dobrze ugruntowane i zrozumiałe nazwy (rogacz, kozioł), a z tymi dawnymi, wychodzącymi z użycia (sar, sarniuk i in.) około dziesięciu. Adaptowanie kolejnej nazwy na doraźny użytek wydaje się bezcelowe.
 

Słownik Hoppego


Część I: uwagi ogólne
Stanisław Hoppe jako autor „Polskiego języka łowieckiego” i „Słownika języka łowieckiego” jest postacią niezwykłą. Urodzony jeszcze w XIX wieku, wychowany w początkach XX był świadkiem przemian geopolitycznych, społeczno-gospodarczych i kulturowych spowodowanych przez obydwie wojny światowe. Na jego świadomości odcisnęły piętno istnienie i upadek mocarstw zaborczych, odzyskanie niepodległości w 1918 roku oraz zmienne realia codziennego życia niespokojnych czasów. Także zmieniających się ustrojów.
W łowiectwie przeżył właściwie wszystko: polowania bez granic, tworzenie się ram organizacyjnych związków łowieckich oraz różne modele łowiectwa w wolnej już Polsce przed- i powojennej.
Doskonale zdawał sobie sprawę z potrzeby zapisania używanego na przestrzeni wieków języka jako świadectwa kultury narodowej.
„Polski język łowiecki” jest pracą z okresu międzywojnia. Wydany w roku 1939, choć uzupełniony i poprawiony w innych już czasach, zachował słownictwo stare, funkcjonujące w Polsce szlacheckiej, obecnie zanikające i wychodzące z użycia. Jest więc bardziej opracowaniem historycznym niż poradnikiem współczesnego myśliwego.
„Słownik języka łowieckiego” z roku 1951, oparty w głównej mierze na zasobach tego pierwszego dzieła jest siłą rzeczy również niedoskonały, nie spełnia bowiem wymogów teraźniejszości ani tym bardziej przyszłości.
Opinie wystawiane obydwu pracom przez współczesne im autorytety językowe należą do przeszłości, niedawnej wprawdzie, ale jednak przeszłości. Są archaiczne lub grzecznościowe, a ocena samego Autora, prócz wady subiektywizmu, niejednokrotnie po prostu mylna.
Omawiając „Polski język łowiecki” prof. Witold Ziembicki odwołał się do „Pierwszych początków terminologii łowieckiej” Wiktora Kozłowskiego napisanych w 1822 roku, a prof. Stanisław Szober, językoznawca, „pochwalił zamiar i przyznał, że sprawy języka łowieckiego znał zaledwie powierzchownie”. Cóż mógł innego napisać, chcąc zachować kurtuazję?
Starania Autora słownika o utrwalenie słownictwa łowieckiego „Pana Tadeusza” (w przedmowie do SJŁ Hoppe napisał: W pracy tej starałem się utrwalić m.in. słownictwo łowieckie występujące w literaturze pięknej, np. w Panu Tadeuszu Mickiewicza, gdzie pochwała łowiectwa urasta niemal do jego apoteozy.) można chyba przytoczyć w konwencji żartu biorąc pod uwagę nakłady i popularność obydwu dzieł. Myślę, że Mickiewicza utrwalać nie potrzeba.
Język łowiecki zmienia się wraz ze zmianami pokoleń, modelu łowiectwa, techniki, kultury oraz wielu innych czynników. Dobre chęci, nawet najgłębsza wiedza, nie wyeliminują            z użycia słów przyjętych i używanych ani nie wprowadzą nowych, wymyślonych za biurkiem. Nie wiem, czy kiedykolwiek zniknie z naszego języka oczywisty germanizm „breneka”, zaś niemiecki z pochodzenia „bok” (ale pisany poprawnie, nie „bock”) zostanie wyparty przez nieudany neologizm „nadlufka”. Trzeba wielu lat funkcjonowania w żywym języku, by użytkownicy zaakceptowali nowe słowo czy zwrot. Wystarczył zaś jeden dzień, by wszyscy zaczęli mówić o „strzelaniu przelotów”. Do dnia wprowadzenia tej konkurencji wieloboju myśliwskiego można było mówić tylko o „strzelaniu na przelotach” (np. kaczek).
Ale to trzeba rozumieć i zaakceptować.
Obydwie prace są zapisem języka będącego oznaką przynależności do elitarnej i hermetycznej grupy społecznej, ale także przejawem narodowych, szczególnie w tym dobrym znaczeniu szlacheckich, obyczajów.
Konsekwencją wieloletniego zapóźnienia semantycznego „łowczyzny” (chyba udane określenie  – odpowiednik „polszczyzny”) są powielane przez dziesięciolecia przez różnych autorów wyniki poszukiwań i zapisów językowych Hoppego. Z braku dostatecznej bazy „przepisywacze” ci nie tylko spisują ewidentne błędy pierwowzoru, ale także prześcigają się w uzupełnianiu dzieła własnymi „wynalazkami”. Poprawne prace można policzyć już nie na palcach jednej ręki, ale na wolnych palcach dłoni trzymającej szyjkę osady. Porażające, lecz wydawnictwa nie są zainteresowane poprawnością językową, gdyż w masie informacji ginie pojedynczy błąd; nikt go nie zauważy, nawet korekta. By nie narazić się na gołosłowność, w drugiej części tego opracowania omówię grupy i przykłady braków, a także pomyłek.  Wszelkie uwagi pomogą w bardziej gruntownym przedstawieniu i zrozumieniu stanu naszego słownictwa łowieckiego, tak nam bliskiego od pokoleń, a tak, niestety, odległego.


Część II: potrzebny nowy słownik
Dwie omawiane w części I prace Stanisława Hoppego, Polski język łowiecki i wywodzący się z niego Słownik języka łowieckiego, przetrwały półwiecze w zasadzie z jednego powodu: ukształtowało się przekonanie, że nikt tego nie zrobi lepiej. Jest to jeden z grzechów głównych naszego łowiectwa. Jakakolwiek próba korygowania błędów nie miała szans powodzenia, gdyż uświadamiała myśliwym dopuszczalność krytyki zasobów językowych Hubertowego społeczeństwa. Do dziś ta teoria funkcjonuje prawem bezwładności. Jest tak jak jest, lepiej nie będzie.
Udokumentowali to autorzy wielu kompilacji słownikowych, nie siląc się zbytnio na osobiste dociekania. Czytelnik biorący do ręki słownik łowiecki oczekuje dwóch rzeczy zasadniczych: przydatności i  poprawności językowej i merytorycznej.
Czy je znajduje?
Zarówno w jednej, jak i w drugiej pracy mamy powtarzające się grupy błędów, pomyłek i braków wyczucia językowego.
W Słowniku języka łowieckiego znalazłem 74 hasła, które były poparte cytatami z własnych prac Autora. Tak jest z pojęciami „apel”, „dwudziestka”, „locha”, sierść” i inn., choć przecież ich znaczenie jest powszechnie rozumiane, a zaliczenie np. „sierści” do języka łowieckiego problematyczne. „Sierść” jest wyrazem języka ogólnopolskiego, co oznacza, każdy wie. Gdyby chodziło o „suknię” lub „turzycę’, może by trzeba objaśniać cytatami, niekoniecznie z własnych dzieł. Natomiast w drugim znaczeniu „sierść” jako rodzaj łowionej lub ułożonej na pokocie zwierzyny objaśniono powtarzając treść hasła – niezręczny cytat z Polskiego języka łowieckiego (Cytat: Najstarszy stopniem przedstawiciel służby łowieckiej ogłasza rozkład, po czym służba łowiecka otrąbia pióro, kitę, turzycę i sierść.). Z tego cytatu i tak nie dowiadujemy się, co to właściwie jest sierść? Otrąbiona na końcu, może być jakimś drobnym przedstawicielem ułożonej na pokocie zwierzyny.
Na stronie 23 w tym opracowaniu (Pjł Hoppe, PWRiL W-wa 1980) czytamy: Poroże łosia to łopaty lub rosochy. Zależnie od formy poroża nazywamy byki łopataczami lub badylarzami. Wyjaśnijmy, jak jest naprawdę. Poroże łosia to rosochy. W zależności od budowy poroża, jego kształtu wyróżniamy łopaty lub badyle. Byka noszącego na łbie łopaty nazwiemy łopataczem, drugiego zaś badylarzem. Z oryginalnego tekstu natomiast wynika, że rosochy nosi tylko badylarz!
Dalej na str. 31:
Byka niedojrzałego, który się dopiero w przyszłości stanie łownym, nazywamy obiecującym, byka natomiast selekcyjnego, wykazującego np. wady wieńca, podlegającego odstrzałowi – nieobiecującym. Skomplikowane objaśnienie, z którego przy pewnej dozie wnikliwości można wywnioskować, że odstrzałowi „podlega” (czyżby przymus?) byk nieobiecujący, zaś niedojrzałych strzelać nie należy! Czyż tak? Uff!, niewiele brakowało, a byłbym pomylił. Para nowych znaczeń „obiecujący – nieobiecujący” prześcignęła w nowatorskiej próbie „nadlufkę”, wegetujący, równie nieudany twór tego samego autora.
I dwie strony dalej:
Starsze byki noszą na karku grzywy.
Ślad jelenia to jego trop. Odróżniamy trop zwierza ciągnącego i trop gonny – pomykającego.
Z grzywami wiadomo – noszą. Ale czym karmimy adeptów łowiectwa, także przyszłych selekcjonerów? Ślady jelenia to nie tylko trop, to znaki pozostawione przez zwierzynę: odchody – bobki, oznaki żerowania – np. spałowanie, krople farby, ścinka na zestrzale, obcierka – otarcie gałęzi i pni drzew, także z resztkami farby, wreszcie wymienione tropy. Trop jest odciskiem w błocie, śniegu, pojedynczej kończyny lub nałożonych na siebie wielu odcisków kończyn zwierza. Można się zgodzić na trop zwierza ciągnącego lub gonny, choć jeśli już, to wypada wspomnieć o tropie ciepłym, zimnym, wejściowym, wyjściowym etc., etc.
Jeśli Autor dokumentuje zasadność użycia wyrazu tym, że sam go wcześniej wymyślił, to daleka droga do domu! Tak można stworzyć cały nowy słownik. Wyraz spotkany w kontekście łowieckim, wybrany z wielu innych nie mających myśliwskich konotacji, sztucznie przypisany temu językowi, użyty przez jego autora jednorazowo, bez zamiaru słowotwórczego – to przykład braku wyczucia językowego lub nadmiaru.
Wystarczy przekartkować słownik, by spotkać wiele takich haseł: łosik, budan, biedny, bruzda, chłodzić się, czujny…
Co one znaczą?
1.łosik: Mały łosik jest jednolicie kasztanowaty... Jan Żabiński (cytat) użył tu celowo zdrobnienia (tak jak mówi się: psiak), nie tworząc nowego hasła. Mogło pozostać bez zdrobnienia: mały łoś.
2.budan: szałas z desek, nakryty częściowo ziemią . Cytat: Przed budanem, na kłodzie, siedzi myśliwy wąsal i opowiada. Konsekwentnie należało zapisać nowe hasła: kłoda - obalony pień drzewa do siedzenia przed budanem  i wąsal - myśliwy siedzący na kłodzie. 
Autor tworzy nowe niby-pojęcia łowieckie. To nie jest bogactwo, to jest właśnie nadmiar! Chyba zbędny.
Pojemność tego felietonu nie pozwala na szersze omówienie walorów słownika. Zainteresowanych odsyłam do odczytu wygłoszonego na zebraniu założycielskim KMJiLŁ. Pełny tekst (a właściwie jego cz. I) znajduje się w rozesłanym członkom Klubu Biuletynie nr 2.
 

Ostoja (3)

OSTOJA
program dla myśliwych? (3)
25.10.2009 rok

Nudno i śmieszno…
Wiele razy przeciwstawiałem się poglądom i opiniom pana Wajraka, bo przyjaźnie o nas nie mówi. Ale jednego nie można mu zarzucić: braku mistrzostwa w pokazywaniu zjawisk przyrodniczych. Czy to będzie historia sikorki, czy żubrów w Puszczy Białowieskiej, ten dziennikarz wie, o czym mówi i pisze.
Film ‘Pluszcz miłość na zabój’ jest też przykładem dobrze pomyślanego pokazu. Emitowano go 23 października w TVP 2 w cyklicznym programie Cogito – Wajrak na tropie. Jest to dość regularnie prezentowany ciąg filmów przyrodniczych, pozornie wykluczający możność ciekawego i intrygującego obrazu. Bez wielkich nakładów, bez wieloosobowej ekipy i dużej ilości sprzętu, dyrektorów i asystentów. A widzimy profesjonalnie wykonany produkt. Nie wiem, ile kamer pracowało nad sfilmowaniem historii jednego małego ptaszka, ale efekt był. W łowieckiej Ostoi, która ma za sobą oparcie w 120 tysięcznej organizacji i 2 milionach widzów, oglądamy gadające głowy, nudne ujęcia, dalekie od polowań, czy w ogóle myślistwa historie oraz niedbale wylane na półmisek sosy do „myśliwskiej” pieczeni.
W niedzielę poderwałem się o świcie, by obejrzeć nasz program. Pełen złych przeczuć (ale okazało się, że niesłusznie!), założyłem się z sąsiadem (nie powiem, o co!), że pierwsze trzy tematy nie będą miały nic wspólnego z łowiectwem. I jak tu wierzyć w złe przeczucia, gdy zakład wygrałem.
Ostoję zaczęto dalekim planem nieruchomego lasu.  Ni stąd, ni zowąd ukazały się ośnieżone szczyty Tatr lub Alp, potem nagle kurpiowska chata i dymiący komin nad Gopłem. Nie zdziwiłbym się wcale, gdybym zobaczył Antarktydę. Scenariusz Ostoi przypomina mi aktorstwo pierwszoklasisty na choince noworocznej w szkole: „Oto choineczka mała, w lesie sobie stała…” i szeroki ruch ręką młodocianego aktora, ukazujący, jak to niby ta choinka sobie stała. Kamera powinna wówczas pokazać dumną Mamę artysty.  Nasz artysta pokazuje na tej samej zasadzie swoje dzieło: jak mowa o ekologii, to dymiący komin; jak o łowiectwie, to myśliwego w wysznurowanym mundurze. I znów tradycyjnie: w łowieckim programie prezes gospodarstwa rybackiego w Kruszwicy opowiada o wysychającym jeziorze! Niezwykłe, Wajrak by się uśmiał; całe szczęście, że on tego nie ogląda!
Tę sekwencję kończy groteskowe ujęcie. Cofnięta 20 m od brzegu tafla jeziora, a tu sterczy drewniana konstrukcja pomostu z widocznym z dala napisem: SKOKI DO WODY ZABRONIONE! Polska rzeczywistość, ale czy taka odległa od prawdy?
Druga część Ostoi traktuje o wielkim fotografiku przyrody, Włodzimierzu Puchalskim. Nie wiem, co można nowego powiedzieć o tym człowieku – legendzie?
Okazuje się, że można!
Narrator opowiada: fotografował piękny świat…; kamerzysta pokazuje dziką gęś! Dalszy ciąg narracji: …i okrutny! Kamera: strzelony byk! Oto jaki jest nasz komentarz do dzieła wielkiego myśliwego, podróżnika i artysty!
Nie naprawia wrażenia nawet to, co następuje potem, czyli opowieść owej myśliwej stojącej nad położonym bykiem, okazuje się córki Puchalskiego. Dlatego, że jest przydługa, źle napisana, jakby bez korekty i redakcji! Jak cała Ostoja!
O trzeciej części nic się nie da powiedzieć nowego. Mistrz przy pomocy innego niż zwykle asystenta wyrabia białą kiełbasę z dziczyzny. Marcin po degustacji w poprzednim odcinku (było wytrawne wino, pewnie się nic nie zostało!) widać zaniemógł, ale kiełbaski i tak wyszły dobre. Połowę czasu antenowego zajęło masarzom przeliczanie ilości soli na posiadaną ilość mięsa. Dla ciekawych podaję wyliczenie. Jeśli na 10 kg dziczyzny potrzeba 22 dag soli, to na 8 kg należy wedle wyliczenia ekipy realizacyjnej Ostoi 18 dag soli. Mnie wyszło 17,6 dag! Ale żebym nie wyglądał na czepialskiego, sól soli nierówna! Darz bór!
 

Ostoja (2)


program dla myśliwych? (2)
27.09.2009 rok

Czekałem na ten dzień i godzinę!
Wyczytałem bowiem, że w niedzielę o świcie będzie nadany w misyjnej telewizji, za moje 17 zł miesięcznie,  80. odcinek Ostoi. A więc Jubileusz!!!
Żeby przypadkowo (licho nie śpi!) nie zaspać, prócz budzika sprężynowego nastawiłem elektroniczny.
I już oglądam pierwszą scenę myśliwską: dwa tysiące danieli za drutami na fermie!
Nieźle, jak na jubileuszowy program. Sam miód.
Ale też, żeby nie było jednoznacznie, dowiaduję się, że mięso z fermowej hodowli nie dorównuje temu z lasu. A więc górą nasi, darz bór!
Ścieśnione w okólniku jak barany, z korytami jak krowy, daniele rozmnażają się świetnie. Są też i minusy.
Tamtejszy łowczy okręgowy informuje mnie, że orły wybierają młode daniele. Brzydko ze strony orłów, zawsze mówili mi, że bieliki (bo te właśnie widzę żeglujące na tle nieba!) żywią się głównie rybami. No i daleko im, bielikom, do orłów. Nie tylko nazwą (orzeł przedni – bielik), wielkością (bielik dużo większy), wyglądem (wielki, zakrzywiony dziób i nieopierzone skoki bielika), lecz także pozycją systematyczną. Bieliki należą do innego rodzaju: Haliaeetus, orły to Aquila).
Myśliwym, i nie tylko im (Ostoję ogląda przecież 2 miliony widzów!), mającym trudności z odróżnieniem sokoła od jastrzębia, należałoby to powiedzieć!
Dowiadujemy się też z Ostoi o sukcesie Krainy Wielkich Jezior. Mazury wyprzedziły Puszczę Białowieską w rankingu na najpiękniejsze miejsce na Ziemi. Ten mały spłachetek wody (cytat z Ostoi) przeżywa trudne chwile: zaniedbany, zaśmiecony, z zacofaną infrastrukturą, z bezsensownymi pomysłami obecnych architektów gospodarczych powoduje, że Wielki Mistrz Ulrich von Kniprode przewraca się w grobie!
Tu Ostoja wyważa otwarte drzwi. O tym grzmi przez lata radio, telewizja i prasa. Nie przystoi miesięcznikowi, którego produkcja trwa jeszcze dłużej, a oczekiwanie na emisję wszystko dezaktualizuje,  podawać wiadomości z ostatniej chwili.
Nawet sensacja z Mikołajek o projekcie budowy mostu przez jezioro przestaje być sensacją w powodzi nonsensów. Chyba, że ten most miałby służyć myśliwym dla relaksu!!!
Na okrasę, choć to nie Okrasa, zapraszają nas do kuchni na schabik z rogacza. Degustuje mnie jednakże użycie jakiegoś metalowego ustrojstwa do rozbijania kotleta, sam używam dębowego tłuczka, tak metalowo potraktowane mięsko pewnie traci swoje walory. Nie dowierzam Mistrzowi, który mówi podczas smażenia „my go przewracamy”, a przewraca Marcin. Nie przywraca mojej wiary własnoręcznie wlana na patelnię śmietana. Prędzej uwierzę w potrzebę osobistego polania sarniny winem, bo może pomocnik mieć apetyt, wszak wino wytrawne. I schabik przedni, mięska dostarczył przecież dziki, leśny rogacz, nie karmiony (napakowany!) koncentratami na fermie tucznik.
Nie stanowi to jednak przeciwwagi złemu wrażeniu, jakie dostarczył cały program. Mało w nim łowiectwa, a jeszcze mniej o łowiectwie.
Z jubileuszowego odcinka, od którego należało oczekiwać przynajmniej odrobiny optymizmu i trochę fanfar, powiało smutkiem.
Jak to napisał Antoni Słonimski, mój ulubiony felietonista: Rzecz mogłaby mieć swoją wartość. Cóż, kiedy nie ma.
 
<< Początek < Poprzednia 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 Następna > Ostatnie >>
Strona 9 z 12