Publicystyka
Nie przepraszajmy, że żyjemy
Nie ma chyba myśliwego, który nie zetknąłby się ze Słownikiem języka łowieckiego Stanisława Hoppego. Jest to obszerne opracowanie, nie wolne wprawdzie od błędów, ale przecież zawierające zasób używanych, a często nieznanych nam pojęć języka, z którym każdy myśliwy się utożsamia.
Warto poznać w czasie, gdy przypuszczają z różnych stron ataki na łowiectwo, jak ten język widziany był na przestrzeni lat, jak ludzie traktowali go według własnych, nie zawsze korzystnych dla nas ocen. Tym bardziej warto znać poglądy ludzi z warstw społecznych, od których należałoby wymagać obiektywizmu i choć odrobiny dobrej woli. Bo przecież papier przyjmuje wszystko, ale też nie ginie w mrokach dziejów: zawsze choć jedna kartka przetrwa gdzieś w zakamarkach archiwów i pamięci. Gdy się pisze dla potomnych, warto pomyśleć, czy po latach nie trzeba się będzie tego wstydzić! Poczytajmy! RECENZJA "SŁOWNIKA JĘZYKA ŁOWIECKIEGO" Myślistwo, które nie wynika z konieczności życiowych to przyjemność wstydliwa i z roku na rok coraz wstydliwsza. Nieprzyzwoitość seksu jest na wymarciu. Wszyscy rozprawiają o nim publicznie z pedanterią stosowną chyba dla przepisów kulinarnych. "Słownik języka łowieckiego" czytam z podejrzaną dla mnie samej emocją. Terminologia myśliwska jest lubieżna. W tej dziedzinie polszczyzna zachowała całą swoją dosadność i zmysłowość. Aż wibruje od owych cmokań, cirkań, rechotań, czuszykań, kwokań, kokcieleń... Coś tam w niej ciągle brocha, przydyndowuje i przenoża... A te orgiastyczne pohukiwania myśliwych! Hejże go ha! Heco! Heco! Heć! Heć! Pyf?!... Zapewnia nas o nobliwym znaczeniu pęcy, szastki, stypuły, wypluwki, odprzudki i odtylcówki, ale odczucie dwuznaczności nas nie opuszcza. Jeleń się czemcha, łania łyżki wystawia, pies paraduje z obwisłymi fąflami. Rozpustnicy wszystko to sobie wymyślili, tyle, że nie w łożu markotnej małżonki, ale w chaszczach przy bigosie. Nie dość zresztą rozwiązłości jawnej to jeszcze tajna, pod słowami zgoła niewinnymi: Fiołek to wcale nie fiołek, róża to nie tylko róża. Leżak, organista, polano, tabakierka, ekspres - druga treść się pod tym wszystkim dla wtajemniczonych kryje. Trzecią treść można wyczytać z cytatów, jakimi ten bogaty i świetnie opracowany słownik ozdabia niektóre hasła. Na przykład pod hasłem "przestrzał": "Stanąłem nagle w młodniku wobec zawieszonych na drobnych gałązkach smerkowych włóknistych pasm świeżego tłuszczu otartych przez uchodzącego niedźwiedzia". Pod hasłem "Trafić": "kura trafiona śmiertelnie - koziołkuje i spada. Rażona w cieki - opuszcza je bezwładnie. Ugodzona w płuca - robi świecę." Pod hasłem "strzał komorowy": "strzały przeszyły komorę, a mimo tych celnych strzałów schodził dzik jeszcze trzy godziny..." Trzy godziny. To bardzo długo. Wisława Szymborska "Lektury nadobowiązkowe” Pomijając nieznajomość tematu (‘cirykań’ – autorka nie jest znawczynią języka łowieckiego), pomijając częściowo nieprawdziwą ocenę słownika (co do „świetności opracowania”), ale wyrzucając nieprzystojność robienia błędów ortograficznych (‘odprzódka’ to broń ładowana od przodu), trzeba się zastanowić nad intencjami przyszłej Noblistki: żal nad trzy godziny „schodzącym dzikiem”! Pani WS ma doświadczenie w potępianiu wrogów narodu. Pewnie, według niej, myśliwi też się do nich zaliczają, polując „za amerykańskie pieniądze”. Bo pisała, czy też podpisywała również takie oceny. A nie musiała, nie wszyscy poszli na pasku jedynie słusznej idei. Więc znów poczytajmy: (dla młodych, którzy nie mogą pamiętać: sfingowany proces zakończył się wydaniem wyroków śmierci) Rezolucja 53 pisarzy krakowskich: "W ostatnich dniach toczył się w Krakowie proces grupy szpiegów amerykańskich powiązanych z krakowską Kurią Metropolitarną. My zebrani w dniu 8 lutego 1953 r. członkowie krakowskiego Oddziału Związku Literatów Polskich wyrażamy bezwzględne potępienie dla zdrajców Ojczyzny, którzy wykorzystując swe duchowe stanowiska i wpływ na część młodzieży skupionej w KSM działali wrogo wobec narodu i państwa ludowego, uprawiali - za amerykańskie pieniądze - szpiegostwo i dywersję. Potępiamy tych dostojników z wyższej hierarchii kościelnej, którzy sprzyjali knowaniom antypolskim i okazywali zdrajcom pomoc, oraz niszczyli cenne zabytki kulturalne. Wobec tych faktów zobowiązujemy się w twórczości swojej jeszcze bardziej bojowo i wnikliwiej niż dotychczas podejmować aktualne problemy walki o socjalizm i ostrzej piętnować wrogów narodu - dla dobra Polski silnej i sprawiedliwej". Rezolucję podpisali pisarze i krytycy literaccy, między innymi: Karol Bunsch, Kornel Filipowicz, Andrzej Kijowski, Jalu Kurek, Władysław Machejek, Włodzimierz Maciąg, Sławomir Mrożek, Tadeusz Nowak, Julian Przyboś, Tadeusz Śliwiak, Maciej Słomczyński, Olgierd Terlecki, Henryk Vogler, Adam Włodek, Jan Błoński, Henryk Markiewicz, Bruno Miecugow, Anna Świrszczyńska, Wisława Szymborska. Co jeszcze zarzuci nam pani WS? Dyrektywa językowaPewnego przedpołudnia wezwał mnie kol. Baltazar Niemów z okręgu w bardzo ważnej sprawie. Kol. Niemów jest przewodniczącym komisji, a ja przedstawiłem do oceny łeb rogacza. Odstrzał miałem wystawiony przez dzierżawcę na kozła w I klasie, strzeliłem koziołka-mizerotę w pierwszej głowie.
Więc choć komisja była wysoka, to parostki niskie; bez obaw przeto stanąłem przed obliczem.
Kol. Niemów rozpoczął bez ogródek:
– Kolego Wygadany, myślę że się rozumiemy – czy znacie dyrektywę językową?
Struchlałem, bo o ptasiej słyszałem, ale o językowej?
Głos zza biurka ciągnął dalej patrząc na, jak mi się zdawało, leżące na pulpicie papiery ze złotymi gwiazdkami na niebieskim tle:
– Do waszej metryczki oceny wpisaliście w rubryce poroże: szpicak. Czy nie postąpiliście wbrew dyrektywie?
Nie zdążyłem zebrać myśli na ten temat, gdyż spodziewałem się raczej rozmowy o klasach wieku, startych rejestrach i przyzębiu.
Przedstawiciel Komisji odwrócił kilka kartek, przesunął wskazującym palcem w dół strony i przeczytał, chwilami zawieszając ostentacyjnie głos i spoglądając na mnie, jakby oczekiwał, że ugnę się pod ciężarem tych słów:
– Paragraf sto dwudziesty siódmy… us… aha, piąty… puuunkt pierwszy: w rubryce poroże należy wpisać … szpicer.
Tak na szybko brakło mi argumentu, więc mój rozmówca spojrzał na mnie, potem znów na kartkę i powiedział:
– Trzeba przestrzegać dyrektywę językową!
Zdążyłem się w tym czasie zebrać w sobie.
– Wydaje mi się, że nie musimy używać obco brzmiących słów, gdy mamy dobrze funkcjonujące polskie! Gdybym użył określenia szpiczak, może byłoby trudne do przełknięcia dla naszych sąsiadów, którzy witają nas „ciule”! Ale szpicak jest do pokonania nawet dla …
Kolega Niemów przerwał mi
– Ale my przyjęliśmy, że piszemy szpicer!
Nie oponowałem.
Po powrocie do domu przejrzałem różne pisma i dokumenty.
Czegóż ja się tam naczytałem! Najwięcej było o pozyskaniu.
Nastrojowe opowiadanie o zasiadce na rogaczyka: kilka wyjść w łowisko, przegląd terenu i wreszcie … pozyskałem koziołka! … pisze zachwycony nemrod. Wyobraziłem sobie jego pierwszą randkę, jak szepcze do ucha swej wybrance: pragnę Cię pozyskać!
Czytam inne opowiadanie. Tu zamożny (sądząc po aucie, którym się porusza) nemrod kupuje pierwszy w życiu … karabin! Czyżby wybierał się na Afganistan? Nie pytam go o to, daruję sobie. Niech tak będzie! Tylko jeśli z karabinem, to dlaczego odpruwa biało-czerwone naszywki na kurtkach z demobilu? W ogóle dlaczego je odpruwa?
W radosnej „twórczości” nie pozostają w tyle myśliwi wyważający otwarte drzwi polowań na obcych kontynentach. Tym razem w dziedzinie pomieszania w myśliwskiej tradycji. Po nasuwającym prezydenckie skojarzenia „darz busz” wyrastają ciągle nowe powitania i pozdrowienia łowieckiej, wesolutkiej braci. Przeróżne darz knieje, darz lasy i pola. Wracający z białych niedźwiedzi pozdrowił mrożącym krew „dasz lód!”. Za zaśmiecanie łowieckiego języka i kultury powinien wrócić na te niedźwiedzie na parę lat, ale z bezpłatnym biletem! Tym bardziej, że wynika to z zupełnego pomieszania semantycznego i gramatycznego: czasownik w trybie rozkazującym „darz!” od darzyć, czyli dostawać w darze myli się „odkrywcom” świata z innym czasownikiem „dać” użytym w 2 osobie liczby pojedynczej czasu przyszłego „dasz”, jak w znanej piosence „Dasz mi tę noc, tę jedną noc?”. Ale my nie pytamy boru, czy nam podaruje sukces, my apelujemy lub wręcz nakazujemy: darz nam, borze! Darz bór!
I wołamy tak bez względu na to, czy polujemy w borze, tundrze czy na pustyni!
Gdzie indziej strzelają z bocka, a w myśliwskim pozwoleniu na myśliwską broń widzę wpis: rodzaj broni dubeltówka bok. Chcę sobie wyobrazić tę broń, więc patrzę z natężeniem w sufit. Zależy, w którą stronę się ją (tę dubeltówkę) przekręci; jak lufy poziomo, to mamy dubeltówkę, jak ustawimy je (tzn. te lufy) pionowo, fiku-miku! I już mamy bok! Dwa w jednym!
Ile się nasłucham i naczytam o broni gładkolufowej!
Niby jako przeciwieństwo broni o lufach gwintowanych, czyli „gwintolufowej”. Żeby było „radośniej” i całkiem zrozumiale, to nasi nemrodzi nie strzelają ze sztucera, tylko z kalibru.
Wybiera się taki niedzielny myśliwy z karabinem na zasiadkę, dubeltówkę boka zostawił w szafie z dwoma atestowanymi zamkami, bo koziołka będzie pozyskiwał z kalibru. I w końcu pozyskuje szpicera! Darz forest!!!
O tempora! O mores!
Św. Hubercie, zlituj się nad nami! Cap nie cap?
Napisałem w odpowiedzi na takie pytanie, że to byk!
Napisałem, użyłem tego słowa kolokwialnie, ale skoro się języki wzajemnie ze sobą przenikają, to i z tym potocznym też mogą. Trzy języki: ogólnopolski, łowiecki i potoczny. Pora wyjaśnić, o co chodzi. W galerii zdjęć myśliwskich pod obrazem przedstawiającym szczęśliwego nemroda z dopiero co ubitym rogaczem znalazłem podpis, że to zdobyty któregoś tam poranka, ważący 21 kg cap! I często wśród opisów łowów przewija się ta nazwa. Gdybyż jeszcze była poprawna, można by ją zaakceptować! Ale rzucana przez zdobywcę jakby z nonszalancją, dla podkreślenia dystansu i lekkości, wagi własnego doświadczenia ponad jakiegoś tam capa, jest nie do przyjęcia. Nie tylko za ten nadmiernie swobodny tekst: - Co strzeliłeś? - Aaa! Tak, dziś rano, ot, podszedłem capa! Również za absurd! Warto ustalić, co zostało strzelone. W maju rozpoczyna się sezon na kozły, samce saren, czyli rogacze. O terminie rozpoczęcia okresu polowania czytamy w Łowcu Polskim (5/2008, str. 114): „sarny kozły: od 11.05” . Nie ma nic o capach. Wprawdzie jest nielogicznie postawiony dwukropek (w nr. 1/2008 mamy zapis sarny: kozy i koźlęta do 15.01), ale to inny, obszerny temat. Szukałem potwierdzenia moich przypuszczeń w klasyce łowieckiej. Sięgając w wiek XIX do Wiktora Kozłowskiego, także w dwudziestolecie międzywojenne do Polskiego języka łowieckiego Stanisława Hoppego i tegoż Autora powojenny Słownik, także do Vademecum Godlewskiego, w którym rzadko trafia się błąd, nigdzie nie znalazłem myśliwskiego capa. Jedynie w 1000 słów Krzemienia pojawił się, chyba jednak przez pomyłkę, samiec kozicy – cap. Ale kozica nie jest zwierzęciem, przynajmniej w Polsce, łownym, więc w tym słowniku zbyteczna. Oczywiste jest więc, że „cap” jest określeniem języka ogólnopolskiego. Używany w dostępnym dla wszystkich znaczeniu jako samiec nie tylko kozicy, ale i kozy domowej. Dla wszystkich, którzy spotkali się z tym ostatnim zwierzęciem, zrozumiały jest „pachnący” bezokolicznik „capić”. Wracając do języka łowieckiego: Nie ma potrzeby szukać kolejnych słów na nazwanie samca sarny. Całkowicie wystarczają dwie popularne nazwy: kozioł i rogacz. Do tego kilka regionalnych i przestarzałych, wychodzących z użycia słów, jak: sar, sarn, sarniec, sarnik i sarniuk. Chyba, że chcemy capa dołączyć do ulubionego przez „znawców” łowiectwa i przeciwników zrzeszonych pod sztandarami jedynych miłośników zwierząt jelonka, męża sarny. Ale myśliwym to nie przystoi! |
Strona 9 z 9