Publicystyka

Słownikowe rozważania (5)


Gdy w wyborze humoru z zeszytów szkolnych przeczytałem rewelacyjne, choć trochę groteskowe zdanie: Krasicki jadał obiady tylko w czwartki, pomyślałem, że jest ono wzorem „szczelności” słów. Samo jedzenie obiadu nie znaczy nic poza faktem jedzenia obiadu. Jedzenie go w jakikolwiek dzień tygodnia nie jest żadnym wydarzeniem, a jedzenie w czwartek tym bardziej. Co innego, gdyby to był na przykład obiad niedzielny: wiadomo, w niedzielę trafiają się gości.
Rozszczelnia te słowa ‘obiad’ i ‘czwartek’, a właściwie związek wyrazowy ‘obiad czwartkowy’, druga część zdania podana w wyborze z zeszytów: w inne dni król go nie zapraszał.
Zimna logika autora niezamierzonego, ale obnażającego zagubienie umysłowe, żartu, wyjaśnia powód wstrzemięźliwości dietetycznej Krasickiego. Zapraszano go (księcia biskupa) tylko w czwartki!
Związek wyrazowy ‘obiad czwartkowy’ żyje podwójnym życiem. Bez obciążenia historycznego ( wiedzy historycznej) jest to obiad jedzony w czwartek, tak jak ‘obiad niedzielny’ jest obiadem jedzonym w niedzielę.
Dopiero, gdy widzimy spotkanie elity umysłowej końca XVIII wieku, ludzi kultury rozumianej najszerzej, spotkanie na zaproszenie Króla i w przytomności Majestatu, ‘obiad czwartkowy’ jawi się nam nie jako pomidorówka i mielony, ale uczta umysłowa najwyższego lotu u światłego władcy na królewskim zamku!
Od dygresji ogólnej przechodząc do spraw słownikowych przyjrzyjmy się różnym wyrażeniom i ich znaczeniom.

Pierwsze:
dostać
1.d. strzał, d. kulę, być trafiony; rogacz dostał kulę na komorę
2.upolować zwierza, zdobyć trofeum; chciałem dostać tego byka

Drugie:
dublet
1.dwa celne strzały dane przez jednego myśliwego bezpośrednio do dwóch celów; zrobić dublet
2.dwie sztuki zwierzyny strzelone tymi dwoma strzałami; strzelić dubleta,  popisać się dubletem
3.część konkurencji sześcioboju myśliwskiego, dwa podane lub strzelone rzutki, z dwóch wieżyczek na kręgu myśliwskim, także na osi i przelotach; strzelać dublety, zrobić czyste dublety (tzn. zaliczyć wszystkie), wyczyścić dublety

Trzecie:
 dzikarz
1.myśliwy z upodobaniem oddający się łowom na dziki
2. pies myśliwski, np. jagdterier, ułożony i polujący na dziki

Zwróćmy uwagę na dwa różne znaczenia słowa ‘dostać’. W pierwszym dotyczy zwierza i trafienia go kulą. W drugim mówi o myśliwym i jego pragnieniu zdobyczy.
Drugie słowo ‘dublet’ ma aż trzy znaczenia: dwa celne strzały, dwie sztuki zwierzyny trafione kolejnymi strzałami i część konkurencji m.in. na kręgu myśliwskim.
Trzecie słowo ‘dzikarz’ dotyczy podobnie jak w pierwszym przypadku, zarówno zwierzęcia, jak i myśliwego.
Nieco odmiennie rysuje się nam zakres znaczeniowy nazw byków jeleni i ich poroży oraz zdobytych trofeów.
Nazwy te tworzy się w zależności od liczby odnóg na tykach: dwudwudziestak
1.byk jelenia, mający przynajmniej na jednej tyce jedenaście odnóg, wtedy nieregularny; gdy na każdej jedenaście – regularny
2.na tej samej zasadzie tworzy się nazwy cztero-, sześcio- i ośmiodwudziestaka oraz większe
3.poroże, wieniec, oręż tego byka, nazwa trofeum z tego byka
Jeśli na tyce występują 2 odnogi, to będzie widłak, a jeśli 3 odnogi, to szóstak.
Zakładam, że rozumiemy te hasła tak, jak dyktuje to tradycja i zadomowienie wśród myśliwskiej braci, że nie są to terminy li tylko słownikowe, że nie są jak ten ostatni kęs i złom użyty do pamiątkowej fotografii, jak ten obiad jedzony w czwartek. Jedzmy obiady także w pozostałe dni tygodnia, nie tylko w czwartki, gdy zaprosi nas król polowania na ostatni miot!
Piszę o tym dlatego, by pamiętać: nie dla fotografii i nie dla tego rozciągniętego zwierza, kultywowanie tradycji potrzebne jest nam, myśliwym; tym odróżniamy się od dzikusów pędzących z maczugą za uciekającą górą mięsa! Więc ten czwartek z obiadem jest symboliczny jak patyk w gębie byka!
Na koniec dotyczące sposobu poruszania się hasło: dyndować, to jest
poruszać się charakterystycznym dla drobnych drapieżników swobodnym truchtem, lis dynduje (nie: dynda!).
Wszak dyndanie jest cechą ostateczną wisielców!
 

Słownikowe rozważania (4)

Ponad 60 słów języka myśliwskiego rozpoczynających się od litery ‘d’ udało mi się zdefiniować w moim słowniku. Celowo piszę, że języka myśliwskiego, ponieważ w innych słownikach, także Hoppego, nie mówiąc już o 1000 słów, zamieszczone są hasła nie będące czysto łowieckimi. Tak więc ‘daniel’, ‘drapieżne ptaki’, ‘drop’, ‘dzik’, ‘dzika gęś’, ‘dzikie kaczki’, a z drugiego źródła, poza wymienionymi, także: ‘degeneracja’, degeneracja dziedziczna’, ‘degeneracja osobnicza’, ‘derkacz’, ‘dołek strzelecki’, ‘dominacja społeczna’, ‘dopasowanie broni’, ‘drapieżne ssaki’, ‘drapieżnik’, ‘drozd kwiczoł’, ‘drozd paszkot’ i wiele innych podobnych, których już nie wymieniam, by nie mnożyć oczywistych pomyłek i sztucznie tworzonych „nowych” haseł, nie są w zasobie języka łowieckiego. Te wyrazy są zrozumiałe dla wszystkich posługujących się mową polską na poziomie podstawowym. To stwierdzenie konstruuję szczególnie dla tych, którzy bezkrytycznie przyjmują dwa uchodzące za klasykę słowniki łowieckie, czerpiąc z nich poza tym „życiową” wiedzę!

Pomijam takie błędy, jak używanie raz liczby pojedynczej, innym razem (bez potrzeby i uzasadnienia!) mnogiej (dzika gęś, dzikie kaczki) lub tworzenie wielości z jednego wyrazu (p. degeneracja, d. dziedziczna, d. osobnicza). Nie wymienię tu wszystkich uchybień, ale dodam, że zaczerpnąłem je wyłącznie z haseł na literę ‘d’! Polski alfabet ma tych liter ponad 24!
Jeszcze jedna dygresja do tematu zasadniczego: na smętny obraz naszego słownictwa łowieckiego, języka łowieckiego, prócz zapóźnień wydawniczych, ma znaczący wpływ radosna „twórczość” dnia powszedniego! Każdemu, no może niemal każdemu, kto przejrzał lub przekartkował kilka opowiadań gazetowych „literatów”, wydaje się, że posługuje się najczystszą gwarą łowiecką! Święty Hubercie, gdybyż odróżniali gwarę od języka!
Charakterystyczną dla języka łowieckiego jest „wielobarwność” znaczeń. Ot, weźmy na przykład pierwsze hasło na literę ‘d’: dać. Mój nie wydany jeszcze słownik przypisuje temu wyrazowi 9 znaczeń. Od zachowania myśliwego (dać ognia, d. strzał, d. wyprzedzenie), psa myśliwskiego (dać głos), zwierzyny (dać farbę, d. kominek, d. słupka, d. wiatr), aż po element szkoleniowy (daj głos! – polecenie dla psa). W tak obszernym zakresie znaczeń jak fałszywa struna („Targowica” w Koncercie Jankiela) brzmi upowszechnione ogólnopolskie ‘oddać’! Można oddać dług, łopatę sąsiadowi, pożyczoną szklankę cukru, ale nie można ‘oddać strzału’. Strzał bowiem nie jest rzeczą, czymś przechodzącym z ręki do ręki, zmieniającym właściciela; strzał jest czynnością podobną do jakże przecież bliskiego myśliwym związku wyrazowego ‘dać głos’! Pies nie oddaje nam głosu, pies go daje z siebie, jak myśliwy strzał z dubeltówki.
Wprawdzie mamy zwrot ‘oddać sprawiedliwość’ (również ‘dać wolną rękę’), ale są to pojęcia wzięte z języka ogólnopolskiego, od którego język łowiecki często odbiega także w regułach gramatycznych.
Przypomnijmy odległe już nieco w czasie polowanie na głuszce na tokach. O świcie, słuchając grania koguta, w takt czwartej zwrotki jego pieśni, dajemy dwa lub trzy kroki, by zastygnąć po nich w bezruchu do następnej pieśni. Mówimy wtedy o ‘podskakiwaniu koguta’! Trochę wbrew regułom gramatycznym, bo podskakiwać można w stronę koguta lub do koguta! Ale na tym właśnie polega odrębność, nawet gramatyczna, języka łowieckiego.
W każdej łowieckiej sytuacji, gdy mowa o strzelaniu, należy ‘dać strzał’! Dać strzał do szaraka, dzika, rogacza i rzutka! A oddać pożyczone pieniądze przed pierwszym, bo wierzycielowi też są potrzebne!
Wystarczy jeszcze miejsca w tym odcinku dla myśliwskiego ‘darz bór’.

Źródłem tego hasła jest wiersz Stanisława Wyrwińskiego sprzed 90 laty, przedstawiony w Poznaniu na zjeździe leśników. Refren tego wiersza brzmi:

My borów włodarze
Stajem przy sztandarze.
Darz Bór! – tak hasło brzmi,
Gra hejnał chór – 
Darz Bór! – Darz Bór!

Z tego zawołania, będącego początkowo jednoznacznie pozdrowieniem, wyrosło wiele znaczeń. Dziś jest to zarówno powitanie jak i pożegnanie, życzenie jak i forma gratulacji, nazwa własna, tytuł utworu i przedmiot obrotu ( przed wojną handlowano ‘darzborami’, nabojami myśliwskimi).
Różna jest również pisownia w zależności od znaczenia, zgodna z pisownią innych wyrazów języka ogólnopolskiego. Razem i osobno, od wielkiej i małej litery. Choć i tu, podobnie jak niezrozumiały dla mnie (również pod względem możliwości!) iPod lub MacBook, do przyjęcia byłaby pisownia DarzBór!
Jeszcze w ubiegłym wieku, czego dziś nikt nie pamięta, poprawna była pisownia: armja, Marja, a sto lat wcześniej Marya!
Panta rhei!
 

Słownikowe rozważania (3)


Trzecie rozważania, nie bardzo jeszcze jubileuszowe, rozpoczynają tę grupę haseł kontrowersyjnie od krótkiego wyrazu, od którego „jedzie”: cap!
Kto nie spędzał dzieciństwa na zapadłej wsi, gdzie wyznacznikiem zamożności kolejarzy było posiadanie kozy, ten nie może wiedzieć, co to cap.
O ile koza jest zwierzęciem miłym i dochodowym, o tyle cap śmierdzącym darmozjadem. Trzymany tylko w celu zachowania koziego gatunku! Więc jeżeli takie cuchnące bydlę dostąpiło zaszczytu wyniesienia na piedestał łowieckiego języka dla określenia pełnego gracji i uroku rogacza, samca sarny, to wszelkie dysputy są zbędne. Rogacz to nie cap!
Takie te hasła z negatywnym wydźwiękiem. Kolejne: chłyst!

Spotykamy się z nim na rykowisku. To taki byczek, któremu stadny byk nie pozwala na poufałości. Więc go ustawicznie odpędza; czy skutecznie, nie wiadomo!  Innym gatunkiem towarzysza z rykowiska jest kibic. Ten, niby dopuszczony do konfidencji, pałęta się wśród chmary tolerowany przez pana i władcę, ale pomny losu chłysta, wie, co mu wolno! No i pamiętajmy: chłyst, nie chłystek!  
Przykładem bogactwa języka łowieckiego jest odmienność znaczeń chorągwi i chorągiewki. Te pierwsze, inaczej flagi, to strzępy scypułu na porożu byka pozostałe w trakcie wycierania, zdrobnienie zaś: ‘chorągiewki’ są kolorowymi szmatkami zawieszonymi na długim, często kilometrowym sznurze, służącym do otaczania ostępu z wilkami, czyli fladrami.
Wiele znaczeń ma czasownik ‘ciągnąć’. Może zwierzyna na myśliwego, jeśli myśliwy ma szczęście; strzelba, jeśli dobrze bije; może ptactwo na przelotach a zwierzyna z miejsca na miejsce; wreszcie nie wolno ciągnąć lufami przez linię myśliwych!

Przymiotnik ‘czarny’ to określenie zwierza (np. dzika), także o łowach na czarnym polu i czarnej stopie.  
Wyraz ‘czok’ zrobił ostatnio niezwykłą karierę z powodu upowszechnienia strzelb posiadających wymienne czoki. Należy tylko pamiętać o pisowni: nie ‘chocke’! Piszmy po polsku!
No i na koniec mające wiele znaczeń ‘czyścić’. Używamy w znaczeniu skutecznej pracy norowców, gdy czyszczą norę, ale także o myśliwym – zawodniku na strzelnicy, który zrobił maksymalny wynik w jakiejś konkurencji lub jej części: np. wyczyścić dublety. Po ubiciu grubego zwierza trzebi go się lub czyści, a tenże zwierz, jeśli jest samcem płowej, czyści poroże.
Gdy przeglądam różne pisma łowieckie, często spotykam całkiem odmienne słownictwo. Jego użytkownicy są przekonani o poprawności, ale to przekonanie jest złudne! Nie może być poprawne to, co jest błędne!
Za tydzień kolejne rozważania.
 

Słownikowe rozważania (2)

Pierwszy odcinek naszych rozważań zakończyliśmy wzmianką o antabce. W tym, ponieważ jesteśmy przy literze ‘b’, powtórzymy dobrą radę: antabka to pozostałość po sąsiadach zza Odry, używajmy polskiej nazwy ‘bączek’. Tym bardziej, że znany jest ten bączek (ptak wodny) z polowań na kaczki, gdy przelatuje cichym lotem z jednej kępy trzcin do drugiej i odzywa się niezwykłym, „szczekliwym” głosem w szuwarach. A więc bączek jako metalowy uchwyt do paska broni myśliwskiej.
Litera ‘b’ ma bogate przedstawicielstwo haseł. W słowniku który jest w moim opracowaniu, po wyeliminowaniu haseł niełowieckich i tworzonych sztucznie, jest ich 76, od ‘babrzysko’ do ‘byk’.
I na początek należy się wyjaśnienie; babrzysko spełnia funkcje znaczeniowe zbliżone do ‘tarzawiska’ i ‘paprzyska’.  
Babrzysko jest miejscem błotnej kąpieli jeleni i dzików. W tarzawisku kąpią się (tarzają) zwykle żubry, ale nie w błocie, a w piasku; podobne piaskowe kąpiele sprawia sobie ptactwo w paprzysku: tam się paprze. A wszystkie te miejsca noszą ogólną nazwę ‘kąpieliska’, łącznie z wodnymi kąpieliskami łosi.
W kolejce do wyjaśnienia stoją dwa pokrewne wyrazy:  badylarz i badyl.
Pierwszy to wspólne określenie łosi i danieli o charakterystycznym, „jelenim” porożu. Tym mianem nazwiemy także poroże łosi i danieli oraz zdobyte przez myśliwego trofeum o takiej formie. Drugi wyraz (badyl) ma więcej derywatów. Tak nazwiemy nogi łosia, jelenia i daniela, poroże łosia i daniela o wspomnianej formie oraz trofeum (badyle to trofeum z byka-badylarza).
Wiele nieporozumień sprawił leksykon 1000 słów o łowiectwie, będziemy go niejednokrotnie przytaczać w naszych rozważaniach. Na początek o bałykowaniu: jest to wg jego (tego leksykonu) autora czołganie się, pełzanie na brzuchu psa myśliwskiego. Nie można dociec, co takiego pełza na brzuchu psa myśliwskiego (Hoppe uniknął tu niezamierzonego żartu!), więc trzeba wyjaśnić, że bałyk to sposób poruszania się psa myśliwskiego, polegający na pełzaniu, czołganiu się, a bałykowanie to właśnie takie pełzanie. Figlarna stylistyka często sprawia kłopoty, a i szyk wyrazów w zdaniu myli sens wypowiedzi.
O strzale do zwierzyny grubej na komorę mówimy, że to strzał na połeć, czyli do boku. Na szczęście wychodzi już z użycia ‘strzał na blat’, bo to germanizm. Rodzajem strzału na połeć jest ‘strzał na bark’. Bark to łopatka zwierza, kula tam ulokowana zwykle powala w ogniu.
Ubarwieniem (nomen omen) łowieckiego języka jest dawna ‘barwa’. Przypisuje się jej dwa znaczenia: pierwsze, już wychodzące z użycia, to krew zwierzyny. Wyparła ją z zasobów językowych dzisiejsza farba. Ale funkcjonuje jeszcze inne słowo: jucha. Określa ono krew niedźwiedzia, choć częstsze jest w takich związkach wyrazowych, jak ‘puścić komuś juchę’, ‘wytoczyć juchę’, a nawet ,rozjuszyć’. To ostatnie jest wyrazem stanu emocjonalnego kogoś, komu puszczono juchę!
Drugim znaczeniem barwy jest suknia zwierzyny, przy czym należy rozumieć je szeroko: zarówno czworonożnej, jak i skrzydlatej. Pokrewne ‘wybarwić’ jest wystarczającym wyjaśnieniem, bo wiemy, co znaczy ‘wyfarbować’.
Do wcześniej omówionych ‘badyli’ należałoby dodać ‘biegi’, oczywiście w zakresie znaczeniowym dotyczącym nóg zwierzyny. Pojęcie to jest szersze, niż potocznie stosowane, bowiem dotyczy, prócz dzików, także innej zwierzyny grubej: łosi, jeleni a także muflonów. Zwykle nogi zwierzyny płowej (prócz sarny) nazywane są badylami, natomiast czarnej biegami. Ale można w stosunku do pierwszych użyć określenia ‘biegi’.

Częstym przykładem braku wyczucia językowego jest mylenie ‘bielenia’ z ‘obielaniem’. Bielenie to oczyszczanie i odtłuszczanie czaszek, natomiast obielanie to skórowanie (dotyczy zarówno zwierzyny grubej jak i drobnej). W przypadku zajęcy i dzikich królików możemy mówić o osmużaniu.
W „temacie”, jak to się ostatnio modnie nazywa, broni i amunicji wyjaśnienia wymagają dwa terminy. Pierwszy to ‘bok’. Często koledzy myśliwi z uporem godnym lepszej sprawy piszą „z niemiecka” przez ‘c’: bock lub jeszcze gorzej: Bock!!!
Pisałem o tym wielokrotnie. Otto Bock to konstruktor broni o pionowym układzie luf. Od jego nazwiska wziął się spolszczony ‘bok’ (co znaczy po polsku, wszyscy wiedzą!), ale pisany od małej litery. A więc strzelamy z boka wynalezionego przez Bocka! I odpuśćmy już sobie ‘nadlufkę’, ‘podlufkę’ i wszelkiego rodzaju dziwaczne pomysły.
Drugi termin, znajdujący się w zupełnie innej sytuacji, to ‘breneka’. Wzięła się w polszczyźnie z niemieckiego ’Brenneke’, została przyswojona jako breneka i nic nie wskazuje na to, by jakikolwiek neologizm wyparł ją z użycia. Nawet takiego pomysłu nikt nie miał. Istnieje tylko opisowy sposób jej nazwania: pocisk kulowy do broni o lufach gładkich, ale tak przecież nikt nie będzie jej nazywał.
No i kończący ten tekst i słownictwo na literę ‘b’: byk.
Nie trzeba tłumaczyć, co on oznacza. Ale trzeba znów, kolejny raz powiedzieć i napisać: byk łosia, byk jelenia, byk daniela. I nie inaczej. Zwolennikom innego porządku wyrazów w tym związku wyrazowym proponuję zabawę: jeśli daniel byk, to jak nazwiemy samicę daniela? Daniel łania? Trochę to niezrozumiałe, bo w końcu to on czy ona? I nie po polsku!
Darz bór w następnym odcinku za tydzień!
 

Słownikowe rozważania (1)

Mowa współczesnego Polaka ma dwa charakterystyczne wyróżniki: zubożenie i wulgaryzacja. Byłoby dziwne, gdyby język braci łowieckiej odbiegał znacząco od tej normy. Raczej, przeglądając większość łowieckich forum internetowych i wydawnictw piśmienniczych, można zauważyć tendencje zniżkujące. Występują one nie tylko w języku ogólnopolskim, w mowie potocznej, ale także w tak przecież teoretycznie pielęgnowanym języku łowieckim.
Ponieważ nie każdy ma dostęp do słownika łowieckiego, a nawet Ci posiadający słownik na półeczce nie mogą się rozeznać, co jest prawdą, a co nie, przybliżymy niektóre pojęcia.
Skupimy się na hasłach i wyjaśnieniach szczególnie sprawiających trudności.
Jeśli ktoś mówi, że to wszystko jedno, jak się mówi na strzelbę lub zwierza, to niech tu nie zagląda; szkoda czasu i atłasu!
Zaczniemy, jak porządek nakazuje, od litery ‘a’.
A
Ambona to szczególna budowla. Ma zwykle cztery podpory, niektórzy mówią nogi, a na pomoście (jeśli ‘pomost’ określamy mianem ‘platformy’, to musimy zdawać sobie sprawę z tego, że platforma, czasem mówią placforma, to germanizm), 3 – 4 m nad ziemią, zadaszone pomieszczenie na złą pogodę, chroniące nas od opadów i innych zjawisk atmosferycznych. Bo jak pogoda dobra, wystarczy wyżka, czyli takie siedzonko bez ścian i dachu. Niektórzy mówią na to zwyżka, bardziej pomysłowi i wynalazcy wzwyżka, a pesymiści wysiadka. Każda budowla spełni swoje zadanie, jeśli została dobrze umiejscowiona. Myśliwi znający swoje obwody wiedzą, gdzie należy je projektować. Już na pewno nie na drzewie, jak to radzi pewien językoznawca ze środka kraju.
W tej grupie znajdziemy niewiele haseł, ale trzy z nich są obcego pochodzenia: anons, aport i awantaż.
Anons i pokrewne mu anonser, anonsować i anonsowanie dotyczą szczególnego sposobu pracy psa myśliwskiego, polegającego na ogłaszaniu i doprowadzaniu myśliwego do znalezionej, ubitej zwierzyny.
Aport to czynność i polecenie jej wykonania, a także rzecz, zdobycz, przyniesiona przez psa myśliwskiego –  myśliwemu. Wraz z wyrazami ‘aportować’ i ‘aportowanie’ odnoszą się do szkolenia psów. Obcojęzyczny aport zastępowany jest coraz częściej rodzimymi odpowiednikami ‘daj’ , podaj’ lub ‘przynieś’. Ale bez obaw można używać wszystkich.
Trzecie hasło, awantaż, również pochodzenia francuskiego (avantage) dotyczy budowy kolby broni, a właściwie jej bocznego odchylenia. Błędna jest pisownia awantażu przez ‘rz’, nie ma tu identyczności z polskimi wyrazami kończącymi się na –arz, takimi jak brakarz, włókniarz czy pilarz. Można natomiast awantaż kojarzyć z wyrazami pejzaż czy ekwipaż, których końcowe ‘ż’ wywodzi się z ‘g’ francuskiej pisowni.
Jest jeszcze taki drobiazg zwany z dawna antabką. Lepiej nazywać go bączkiem, brzmi bardziej po polsku.
Następny odcinek naszych słownikowych rozważań dotyczyć będzie haseł na ‘b’.
 
<< Początek < Poprzednia 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 Następna > Ostatnie >>
Strona 8 z 12