Publicystyka

Łowiectwo - przyroda, myśliwy, tradycja


alt


Łowiectwo - przyroda, myśliwy, tradycja

Tekst: Katarzyna Lewańska - Tukaj
Historia PZŁ i redakcja naukowa prof. Roman Dziedzic
Wersja językowa: polsko-angielska
Format: 270 x 310 mm
Objętość: 252 strony
Oprawa: płótno z wklejanym zdjęciem, tłoczone liternictwo oraz eleganckie etui
Album można nabyć w siedzibach zarządów okręgowych PZŁ


      Szanowni Państwo mamy przyjemność zaprezentować najnowszy album wydany wspólnie z Polskim Związkiem Łowieckim z okazji 90-lecia jego powstania. Jest to niezwykła publikacja, która prezentuje nie tylko piękno polskiej przyrody, ale przede wszystkim tradycję i kulturę łowiectwa. Czytelnik ma wyjątkową okazję, by zapoznać się nie tylko z historią Polskiego Związku Łowieckiego, lecz także z codziennym życiem myśliwych w domu i łowisku. Nastrojowe zdjęcia i opowieści z kniei oddają atmosferę wymarzonych łowów.




 
 

Poradnik dla twórców

Przeczytałem kiedyś dobre opowiadanie myśliwskie w sieci, więc napisałem jego Autorowi, że tylko dlatego je komentuję, że jest dobre. Na "średniactwo" szkoda czasu! Znalazłem też dobry rysunek; rokował, że jego Twórca się rozwinie! Zrezygnował z rysowania! Jego wola, szkoda mi tylko szansy.

Wiele też razy doradzam piszącym, którzy pytają mnie o tę radę, by jeśli nie mają wiedzy lub pod ręką słownika poprawnej polszczyzny, dali tekst komuś do korekty. Czasem fabuła zapowiada się dobrze, ale pogrążają nadzieje na sukces ortografia, gramatyka i interpunkcja. Nie chcę już się zagłębiać w teorię literatury, ale dobrze znać klasyczną, grecką zasadę jedności czasu, miejsca i akcji! Nie można przeskakiwać w opowiadaniu z dziś do wczoraj i z powrotem, czy też bez umiaru z domu do lasu w jednym akapicie.
To samo ze znajomością gramatyki.

Wiem, że trudno kogoś przekonać, że to ma znaczenie, czy się użyje w zdaniu Biernika czy Dopełniacza. Niełatwo wyjaśnić te tajemnice w kilku zdaniach, ale jeśli nie wiemy nic o liczbach, rodzajach, przypadkach czy rzeczownikach żywotnych lub nieżywotnych, to lepiej poprosić kogoś o pomoc. Będzie korzystniej dla piszącego i czytelnika, gdy choć z ortografią nie jest na bakier, bo styl czy gatunek literacki to wyższa szkoła jazdy!
Ciężko wytłumaczyć różnicę np. między opowiadaniem a sprawozdaniem.
By być łatwiej rozumianym, zacytuję Wieszcza:

"Litwo! Ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie!
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię stracił".
To jest opowiadanie, dokładniej się wyrażając opowiadanie wierszem, czyli poezja.
Jak wyglądałyby te wiersze, gdyby Mickiewicz chciał napisać poetyckie sprawozdanie z ostatniego zajazdu na Litwie?

Spróbuję:

"Litwo, która ma powierzchnię 65 tysięcy kilometrów kwadratowych i 3 miliony luda,
Ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie, bo cię cenić trzeba, gdy się dzieją cuda,
Od czasu, gdy w 1795 roku przeszłaś pod władzę cara,
A po 123 latach lud zakrzyknął: Carze, wara!".
Widać chyba wyraźnie, w czym tkwi różnica?

Pisząc opowiadanie, nowelkę czy wiersz, unikajmy szczegółów. Podawanie ich z drobiazgowością co do minuty, centymetra i kilograma nie odpowiada temu gatunkowi literackiemu.

Wspominany już wcześniej Poeta pisząc Konrada Wallenroda zaczął tak:
" Sto lat mijało, jak Zakon Krzyżowy
We krwi pogaństwa północnego brodził;"
Więc sto lat mijało, a nie 99 i 3 miesiące, bez szczegółów brzmi o wiele lepiej!

Wiadomo, medium internetowe to nie pismo literackie, myśliwi nie literaci. Ale jeśli w dyskusjach na forum większość staje się ekspertami w prawie łowieckim, znajomości ustaw i rozporządzeń w różnych sprawach z tej dziedziny, czemu w ortografii i gramatyce 100 lat za ... upss! byłoby mi się wyrwało, a to rasizm!

Tak jednak bywa, im większe pokusy w artykułowaniu myśli, szczególnie w piśmie, tym większe opory w przyswajaniu sobie poprawnych zasad. Cóż by jednak było, gdyby zwierza ułożyć nie na tym boku, albo patyka mu do gęby nie wsadzić?

Wtedy larum, krzyk na cały las!

 

Książka z dedykacją... nie tylko autora

alt
Koledzy, którzy przejrzeli już, albo nawet przeczytali 6 numer Biuletynu KMJiLŁ mieli możność oceny wartości książki, na której stronie tytułowej jej Autor wpisał dla nas dedykację. Kilka słów, a będziemy długo pamiętać tę chwilę, gdy pióro kreśliło coś wyjątkowego tylko dla nas.

Kilka lat temu miałem zaszczyt odwiedzić na drugim kontynencie naszego Kolegę, równocześnie myśliwego i autora książki o Kanadzie pachnącej żywicą. Razem polowaliśmy w kanadyjskiej głuszy, razem przesiedzieliśmy parę wieczorów przy szklaneczce dobrego trunku i płonących polanach w kominku. Wieczorów pełnych barwnych z obu stron opowieści.

Na pożegnanie Józek Starski ofiarował mi swoją książkę i tam właśnie wpisał mi dedykację, którą od lat czytam jak dziś napisaną, od lat przypomina mi ona tamte altchwile.






Dowiedziałem się z niej wiele nowych rzeczy o tym wielkim kraju.

Pisze Józek Starski:

„Kanadyjczycy czerpiąc z bogatej skarbnicy językowej pierwszych mieszkańców i podtrzymując historyczne nazewnictwo, podkreślają ciągłość kulturową tego kraju oraz jego dziedzictwo. Dla wielu korzystających na co dzień z przebogatej kanadyjskiej przyrody, ta nawet pobieżna znajomość nazewnictwa tubylczego, pomaga często w... terenowej orientacji.

Polując, łowiąc ryby lub płynąc kanu w rejonie Temagami lub na jeziorze o tej samej nazwie, wiemy, że woda przy brzegu jest głęboka (skaliste brzegi), bo w języku Odżibuej tak to słowo – Temagami – się tłumaczy”.

Byłem w Temagami, widziałem jezioro i jego skaliste brzegi. Całą zresztą książkę pochłonąłem jednym tchem.

I już po powrocie do domu spotkała mnie niespodzianka. Wspominam o niej dlatego, że Autor tej kolejnej dedykacji w moich zbiorach bibliotecznych właśnie odszedł od nas. Tadeusz Sejda był polskim wydawcą tej książki. I to Tadeusz (tadys) wpisał mi kilka słów od wydawcy, podpisał dla mnie ofiarowaną książkę. Tak więc mam dwa egzemplarze: jedną z autografem Józka, drugą Tadeusza.

I obydwie stoją razem na półce, na zawsze znów obok siebie.

Niech ta pamiątka będzie hołdem dla Tadeusza, a podziękowaniem dla Józka.

alt

 

Na Zamku w Kwidzynie


Kwidzyńskie Stowarzyszenie Miłośników Kultury i Tradycji Łowieckich zorganizowało XII Powiślański Przegląd Muzyki Myśliwskiej im. Tomasza Bielawskiego w Kwidzynie w dniach 1 – 2 września 2012 roku.

Tu można przeczytać więcej:   http://tradycjelowieckie.pl/

alt

 

Na Przegląd zostałem zaproszony dzięki uprzejmości Kolegów Krzysztofa Kossowskiego z Gdańska i Andrzeja Mularczyka z Kwidzyna.

W drugim dniu Przeglądu przedstawiłem odczyt na temat tajemnic języka łowieckiego. Tekst zamieszczamy poniżej, zdjęcia niezadługo, gdy dojdą do mnie drogą elektroniczną.

 

 Tajemnice języka łowieckiego

 

Gdy zamieniłem kilka pierwszych słów z Kol. Andrzejem Mularczykiem, byłem trochę skonfundowany: bo co ja mogę powiedzieć na temat tajemnic języka łowieckiego? Jakie tajemnice może mieć jeszcze w sobie język, którym posługujemy się od prawieków?

Jeśli ktoś zaprzeczy, że łowiectwo nie ma tak długiej historii, proszę, niech wskaże choć jedno naskalne malowidło, w którym miast sceny polowania będą żniwa albo obieranie marchewki!

I drugi argument: co mogło pozostać tajemnego w języku, o którym przez ostatnie kilkaset lat napisano dziesiątki prac i kilkanaście różnych słowników.

Co może być w nim niezrozumiałego, jeśli język łowiecki przeniknął do ogólnopolskiego (odwrotnie też!), np. w takich związkach wyrazowych jak: nagonka prasowa, polowanie na czarownice lub strzelić byka!

Ale jednak?

Pierwsza enigma: gwara czy język?

Mądrzy uczeni tłumaczą, że to gwara środowiskowa, bowiem tak wynika z naukowych rozbiorów i dociekań.

Jeśli tak, to język literacki również jest gwarą, literatów mamy kilka tysięcy, a myśliwych ponad sto! Tak nieliczne środowisko ma mieć więc język, a dziesięćkroć liczniejsze łowieckie gwarę? Poza tym uczeni wierzą w moc sprawczą obyczaju. Myśliwski uzus przemawia więc za użyciem pojęcia język, bo tak oni mówią!

Jest jednak w języku łowieckim, gdy się w nim rozmiłujemy, wiele innych tajemnic!


Molierowski pan Jourdain nie wiedział, że całe życie mówił prozą. Wśród myśliwych też mamy takich panów, co nie wiedzą, a mówią.

Posłuchajmy reakcji fryca na zdanie, że rogacz jest w drugiej głowie: mówi ów fryc, że rogacz ma jedną głowę, w przeciwnym razie, mając dwie, byłby wybrykiem natury! Nieporozumienie polega na tym, że rogacz ma jeden łeb, a druga głowa znaczy tyle samo, co drugie poroże!

Inna omyłka: myśliwy trafił dzika w łeb, a dokładnie za ucho. Fryc wiedząc, że dzicze ucho to słuch, poprawia: trafił go za słuch! Dość trudno przekonać pewnego siebie młodzika, że trafienie zwierza w słuch w języku łowieckim nazywamy trafieniem za ucho!

Niby to samo, a jednak co innego!

 

 

Jedną z najtrudniejszych do rozwikłania tajemnic języka łowieckiego jest sprawa jego hermetyczności. My, myśliwi, mieliśmy stworzyć odrębne słownictwo w celu zamaskowania swych nieczystych i nawet, jak piszą w różnych mediach, zbrodniczych zamiarów. Znany skądinąd dziennikarz napisał nawet, że w związku z naszym atawizmem jedynym polowaniem, jakie przystoi cywilizowanemu społeczeństwu, jest polowanie na myśliwych.

W tym samym, a więc zbrodniczym celu, ubieramy się w dziwaczne stroje i stworzyliśmy mafijną organizację!

Cała ta bezprecedensowa nagonka opiera się na założeniu, że świnia jest naszą młodszą siostrą! Bez względu na to, czy jest dzika, czy udomowiona! Bo do tej dzikiej myśliwi strzelają, a tę domową, wychowaną i wykarmioną w chlewku, zamienia w kotlet schabowy rzeźnik! I wrażliwcy tego nie widzą.

Jak to jest z tą hermetycznością? Że to niby farba, znacząc w języku łowieckim krew zwierza, jest wyrazem zbrodniczych myśli Kowalskiego w kapeluszu z piórkiem, natomiast tenże sam Kowalski, nie nazywając eufemistycznie krwi upuszczanej Arabom czy Afgańczykom, jest bohaterem narodowym! To już Arab nie jest naszym bratem?

Więc farba zwierza i myśliwski mundur świadczy o mafijnym rodowodzie naszej, myśliwskiej organizacji, natomiast mundur, w którym paraduje Szwejk, jest chwalebnym świadectwem człowieczeństwa!

I cały czas mówię o łowieckim języku. Proszę nie stosować do kilku wypowiedzianych tu przeze mnie zdań nadinterpretacji! Nic innego nie miałem na myśli ponadto, co napisałem!

Eufemizm w języku łowieckim pomaga uniknąć niezbyt miłych, a często dosadnych lub wulgarnych określeń języka potocznego. To też są tajemnice naszej mowy! Jakże różnimy się my, myśliwi, od jarmarcznych określeń brukowej prasy, zaczytywanych przez część społeczności, podstawiając w wiadome miejsca słowa: talerz, pędzel, fartuszek czy wiecheć!

I na tym polega uroda i kultura łowieckiego języka.

A wszystkich jego tajemnic nie rozjaśnię w kilkunastu minutach naszej rozmowy.

 

Ambona

Ambona

Ta krótka wzmianka jest początkiem cyklu o słownictwie łowieckim.

Rozpoczynamy od hasła „ambona”:

ambona  „nadziemne stanowisko myśliwskie (odpowiednio zamaskowana platforma), budowane kilka m nad ziemią, na słupach lub na drzewie; ułatwia polowanie na zasiadkę i obserwowanie zwierzyny, zabezpiecza myśliwego przed dostrzeżeniem lub zwietrzeniem przez zwierza” – tak pisze Hoppe w swoim słowniku. Znajdziemy tu kilka nieprawidłowości. „Platforma”, to germanizm, należy go unikać. Można też pamiętać, że na drzewie nie budujemy ambony, taaltk nie traktuje się lasu!

Pisze też Hoppe o odmianie ambony, czatowni, choć zastrzega się, że nie jest to prawidłowe pojęcie:

czatownia –  „obudowane stanowisko myśliwskie na ziemi w rodzaju ziemianki, przygotowane do wyczekiwania w czasie mrozów – zwłaszcza na wilki i lisy przy przynęcie (np. padlinie); użytkowana także do polowania z puchaczem na drapieżniki lotne”; także –  „ błędna nazwa ambony”.

Jednak sugeruje dalej, że:

polowanie z zasiadki  „czatowanie na zwierzynę w ukryciu, np. na ambonie, w budce”, więc należałoby wnioskować o czatowni jako synonimie ambony. Ale czatuje się w czatowni.

(St. Hoppe Słownik Języka Łowieckiego PWN Warszawa 1966 wyd. I)

Podobnie nazywa te urządzenia łowieckie Burzyński:

ambona  „nadziemne stanowisko myśliwskie, umieszczone kilka metrów nad ziemią, na słupach lub na starych drzewach; ułatwia czaty i zasiadkę na zwierzynę i obserwowanie jej; zabezpiecza myśliwego przed dostrzeżeniem lub zwietrzeniem przez zwierza”: Była godzina popołudniowa [...], gdy po długiej  i męczącej drodze stanąłem u celu, wspinając się prymitywną drabiną na doskonale ukrytą w gałęziach grupy trzech świerków ambonę.

(Władysław Burzyński  Z Karpat, wspomnienia myśliwskie”)

 

Zbędnych opisów i nieścisłości unika słownik Jóźwiaka: 

„ambona – nadziemne stanowisko myśliwskie ułatwiające zasiadkę; wyżka – ambona prowizoryczna”.

Zygmunt Jóźwiak Kazimierz Biały Słownik podstawowych terminów łowieckich   i ekologicznych Wydawnictwo Łowiec Polski Warszawa 1994)

Autor rysunku: Danuta Konieczna Szczecin

 

 
<< Początek < Poprzednia 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 Następna > Ostatnie >>
Strona 2 z 12