Publicystyka

Nowy słownik?


Czy potrzebny jest myśliwym nowy słownik języka łowieckiego? Niech to sami myśliwi rozstrzygną, ale głównie ci myśliwi, którzy mają jakieś, choć maleńkie poważanie dla książek.
Kilkusetletnia historia leksykografii pokazuje, że słowniki są zdobyczami cywilizacji dla ludzi niezbędnymi. W Polsce (jak i gdzie indziej) też, więc myślę, że prawem analogii w świecie myśliwych również.
Mamy kilka, a może kilkanaście łowieckich wydawnictw słownikowych, choć różnej wartości. Walory te to nie tylko użytkowość i poziom.
Niektóre wywodzą się bezpośrednio ze średniowiecza i mają znaczenie historyczne. Dzięki nim wiemy, jak w dawnych wiekach nazywano wilka (łupur lub jeszcze dziś spotykany lupar) lub zająca (koszlon czy podlaski korpal) i jak daleko odeszliśmy od tamtego języka lub w jakim stopniu go kontynuujemy *.
Był czas, gdy należało rozprawić się i pożegnać z zagnieżdżonymi tu głównie germanizmami. To zadanie podjęto u progu niepodległości **; nie było łatwo zastąpić utarte znaczenia nowymi. Do dziś jeszcze są w użyciu, głównie przez wymierające pokolenie, wyrazy obce, niektóre nie dające się łatwo wyrugować bądź z powodu zasiedzenia, bądź przez manierę „reformatorów”. Używany do dziś dryling nie razi mimo prób zastąpienia go trójlufką, ale sztreka (pokot) lub raubszyc (kłusownik) zanikły. Nie mogą się natomiast spotkać z akceptacją lansowane głównie w zachodnich okręgach pomysły typu „szpicer” na zastąpienie znanego, polskiego szpicaka ze zwyczajnej przyczyny, że ten neologizm nic nie znaczy. Końcówka –er generuje całkiem inne znaczenie, analogiczne boks – bokser czy dok – doker wyjaśniają chyba dostatecznie, że para wyrazów szpic – szpicer jest nielogiczna.
Najstarszym, najszerszym i najbardziej uznanym opracowaniem jest, mający już kilka wydań, słownik Hoppego ***. Wraz z poprzedzającym go dziełem o języku **** wychowuje coraz to nowe pokolenia myśliwych od 70 lat.
Autor podjął olbrzymią pracę nie tylko zebrania stosunkowo dużej ilości wyrazów uznanych jako łowieckie (kot – w znaczeniu: zając –  jest wyrazem języka łowieckiego, ale zając to wyraz powszechnie znany dla niemyśliwych), ale także poparł je cytatami z literatury.
Nie było do tej pory takiej pozycji w naszym piśmiennictwie łowieckim.
Słownik Hoppego przez swoją wyjątkowość i rangę na długie lata „uśpił” i paradoksalnie zablokował potencjalnych nowych autorów i miłośników języka łowieckiego.
Dwie lub trzy podjęte próby, również twórców wirtualnych słowników popularyzatorskich, nie mogły wypełnić tego braku z racji bądź innego charakteru, bezkrytycznego kopiowania pierwowzoru (np. racica – rozdwojone kopyto!!!), bądź wreszcie zwykłych uproszczeń i błędów. Bez ich wyjaśniania i prostowania uczynią więcej szkody niż pożytku. Mylenie np. rosoch z badylami i łopatami jako form poroża łosia wprowadza błędne przekonanie, że badylarz nie nosi rosoch *****!
W końcu ubiegłego wieku powstała praca ******, wprawdzie nie będąca  stricte słownikiem, ale spełniająca wymagania użytkowników w trzech co najmniej zakresach:
pierwszy to nowy sposób przedstawiania znaczeń, tematyczny, dający się czytać wybranymi blokami, ale też posiadający łatwość wyszukania pojedynczego wyrazu,
drugi – wybór haseł wyłącznie języka łowieckiego, bez wyrazów znanych w języku ogólnopolskim,
trzeci – eliminacja błędów poprzedników.
Idea napisania słownika, który wypełniłby oczekiwania myśliwych, będąc równocześnie poprawny i użyteczny, ciągle jest żywa!
Kiedy nowy słownik będzie spełniał kryterium nowości, a nie będzie tylko mniej lub bardziej udaną kopią poprzedników, czyli nie będzie przepisany?
Niewątpliwie decydującym jest zasób słownictwa. Ale mechaniczne zliczenie haseł w jakiejś pracy nie świadczy o jej nowatorstwie. Proste zdawałoby się polowanie, zrozumiałe przecież nie tylko przez myśliwych, można umieścić jako polowanie indywidualne i polowanie zbiorowe, polowanie po suchej, mokrej, białej, czarnej i ostrej stopie, czy wreszcie polowanie z podchodu, na pomyka, ławą i wiele innych.
Ale czy to znaczy, że zarejestrujemy je jako 15 czy 20 haseł, skoro wyraz hasłowy, polowanie, jest w nich ten sam? Tak można postąpić również z hasłami byk (łowny, selekcyjny, przyszłościowy), broń (łamana, powtarzalna, śrutowa), czy stanowisko myśliwskie (naziemne, nadziemne) i z wielu innymi. Powinny one znaleźć się zgrupowane w hasła zbiorcze, ale nadmierne grupowanie może zmienić charakter słownika z alfabetycznego w tematyczny.
Ważnym dla uznania oryginalności słownika jest sposób określania znaczenia wyrazów hasłowych. Zabieg zmierzający do zawłaszczenia, polegający na zmianie formy gramatycznej jest metodą sprytną ale nielogiczną. Wyraz hasłowy będący pierwszą częścią hasła powinien być rzeczownikiem i przymiotnikiem w mianowniku liczby pojedynczej, zaś czasownikiem w bezokoliczniku, np.: zasiadka, skromny, wabić.
Łatwo rozpoznać pochodzenie haseł, gdy zamiast racica – zakończenie nogi jelenia czytamy w nieudolnej kopii racice – zakończenia nóg jeleni.
Niewątpliwie często nie ma możliwości użycia innych znaczeń, nic się nie wymyśli nowego, omyk będzie zawsze ogonem zająca, a latarnia łbem wilka.
Dużo nieporozumień językowych zdarza się w beletrystyce łowieckiej.
Autorzy na zakończenie swych, często wzruszających ale i infantylnych, opowieści myśliwskich podają znaczenie wyrazów łowieckich.
Błoga jest wiara, że używają ich poprawnie.
W znanym zbiorze opowiadań mamy taki słowniczek. Pozwolę sobie dla wiedzy czytelników przytoczyć kilka haseł:
kaliber – średnica prześwitu broni palnej podana dla luf kulowych w milimetrach…
łopaty – prawidłowa forma poroża łosia i daniela
nadlufka – bok; broń myśliwska o dwu lufach ułożonych pionowo – jednej kulowej, drugiej śrutowej
rosochy – poroże łosia łopatacza…
pióra z chyba – gruba szczecina na grzbiecie dorosłego dzika…
Chyba coś nie tak…


Objaśnienia

1 *   Wiktor Kozłowski Pierwsze początki terminologii łowieckiej
2 *    Ks. Ludwik Niedbał Słownik polsko-niemiecki i niemiecko-polski najczęściej
         używanych wyrazów i zwrotów gwary myśliwskiej
3 *    Stanisław Hoppe Słownik języka łowieckiego
4 *    Stanisław Hoppe Polski język łowiecki
5 *    M.P. Krzemień 1000 słów o łowiectwie
         Podstawy łowiectwa Praca zbiorowa, podręcznik dla nowowstępujących
6 *    Zygmunt Jóźwiak Słownik podstawowych terminów łowieckich
 

Ostoja


program dla myśliwych? (1)
23.08.2009 rok

Ostoja jest programem rozpoznawalnym.
Nie chcę wracać do rozterek, czy jest programem dla myśliwych, czy programem myśliwskim, a może o myśliwych.
Jakimkolwiek byłby lub nie był, rozbudza emocje. Czy pozytywne?
Kolejny, sierpniowy odcinek rozpoczyna widok klucza dzikich kaczek, a potem następuje kanonada. Ma to stanowić preludium do pokazania strzelnicy myśliwskiej. I na samym wstępie traci okazję do dydaktycznego wydźwięku: zestawienia polowania ze szkoleniem strzeleckim.
Szkolili się studenci SGGW stowarzyszeni w kole „Brać Łowiecka”. Przed kamerą występuje raczej starszy brat „braci” pełniąc funkcję narratora, ale nie czepiałbym się drobiazgów, gdyby z wiekiem szła poprawność przekazu. Po prostu pan opowiadacz wprowadzał oglądaczy i słuchaczy w błąd.
Poczynając od błędów gramatycznych (bo nie strzela się do „rzutek”, lecz do rzutków; a „im dalej oddalamy się” to dwa grzyby w barszcz!), poprzez geograficzne (darmo szukać strzelnicy w Tarczynie, bo ona jest w Suchodole), do językowych (rzutki podawane są z budek, nie z bud) i wreszcie merytorycznych: w sześcioboju myśliwskim nie ma konkurencji „skeet” i „trap”, to są konkurencje olimpijskie. Po zmodyfikowaniu i przystosowaniu do wymogów myśliwskich noszą one nazwy krąg myśliwski i oś myśliwska.
Typowo myśliwska konkurencja „przeloty”, zwana tylko potocznie bażantem, nie oddaje wrażenia strzelania w polu do bażantów, na przelotach bowiem strzelamy do dzikich kaczek i gęsi. 
Ukazana widzom telewizyjnym zabawa na strzelnicy, w której młodzież wykazywała się zręcznością w trafianiu do rzutków byłaby jeszcze zabawniejsza, gdyby realizatorzy wycięli moment, gdy jeden z zawodników dmucha w lufy po daniu strzału i otwarciu broni, a nasz przewodnik mówi o oddaniu strzału. To są błędy!
W lufy się nie dmucha, to maniera niegodna naśladowania, natomiast strzał się daje. „Oddać strzał” to germanizm (powtarzam to już po raz któryś z rzędu!); oddać można pieniądze lub kolesiowi w pysk na dyskotece!
Czwartą konkurencję śrutową pokazano poprawnie, nawet realistycznie, bo nie wszystkie strzały trafiały w cel, były również pudła. Żeby nie wyglądało, że to tak łatwo!
Uważni obserwatorzy mogli jedynie zauważyć nieco komiczną sylwetkę biegnącego zająca: wyglądał jak bliźniak syjamski, miał dwie głowy. Pierwszy raz tam strzelający koledzy są zwykle nieco zdezorientowani co do kierunku przebiegu: a może zawróci?
W drugiej części Ostoi autorzy pokazali niektóre ze zbiorów Muzeum Czartoryskich w Krakowie. Związek z łowiecką Ostoją był taki, że eksponowane tam są zbiory broni, niekoniecznie myśliwskiej, ale zabytkowej. Zabytkowy jest też jego, tego Muzeum, Kustosz, były minister kultury, dziś sędziwy, 90-letni uśmiechnięty staruszek, z przejęciem opowiadający o zamkach dawnej broni. Ale pomyłkę Pana Profesora zamka z Zamkiem mogli panowie autorzy wyretuszować!
Kuchnia dra Russaka, stanowiąca trzecią część Ostoi, jest sztuką samą w sobie. Przepis na turystyczny kociołek z ziemniakami, boczkiem i kiełbasą nie jest wprawdzie odkrywczy, bo zakryty kapuścianymi liśćmi; mimo wszystko mieliśmy zalecenie, by przy układaniu składników w garnku „intensywnie myśleć”! Wiadomo, myślenie ma kolosalną przyszłość!
Ale gdy patrzę na myśliwskiego fachowca od kuchni, to „kolosalny” kojarzy mi się całkiem z czym innym!
Darz bór!
 

Nowy temat


Pisałem niedawno o „naukowym” opracowaniu na temat ”kaczka”.
Największym grzechem czasopisma, które ten artykuł zamieściło, jest nie to, że go zamieściło, lecz że redaktor lub korektor, lub obaj razem, nie zajrzeli w tekst! Wtedy wystarczyłoby minimum wiedzy przyrodniczej i łowieckiej, by nie lekceważyć czytelników, którzy chcąc nie chcąc, zapłacili kilka złotych i powinni otrzymać wartościowy towar.
Byśmy się nawzajem cenili…
Na zaprzyjaźnionej stronie łowieckiej młody człowiek zamieścił tekst, któremu nadał tytuł: Młodzi, sympatycy, stażyści, pasjonaci, fascynaci…
I choć w innym miejscu upieram się przy względach poprawnościowych, tu nie na pomyłki chciałbym zwrócić uwagę, lecz na postawę autora (we wszystkich cytatach pisownia i składnia oryginalna).
Cytuję:
Witam temat założony, by zrzeszyc, zebrac, zintegrowac tych najmlodszych tutaj czyli jak w temacie... Piszmy o Naszych poczatkach, planach, przygodach lowieckich. Koniec cytatu.
Gdy przeczytałem tę wypowiedź, przyszły mi wspomnienia moich pierwszych fascynacji łowieckich. Spotkanie z myśliwym (miałem wtedy może 12 lat), gdy we wrześniu na podorywkach wypasałem kilka tatowych krów, pierwszy udział w nagance, gdy po polowaniu na pokocie, na który jeszcze wtedy starsi mówili „sztreka”, złożono 250 szaraków, no i pierwsze „własne” zloty, po których wróciłem z jedną kaczuszką jak malowanie. Cała sympatia po stronie tego zafascynowanego łowami chłopaka.
Niech mu bór zdarzy!
Ale oczekującego koleżeńskich przejawów uwagi spotkała reprymenda!
Znów cytuję bez ingerencji w tekst:
czy to jest portal na mysliwych czy spis przyszlych kandydatow itp. Koniec cytatu.
I choć odpowiedź innego uczestnika dyskusji była prawidłowa, bo ujął się za „poszkodowanym” (cytuję):
Portal mysliwych i sypatyków łowiectwa.
Niejki K… zaczynał na tym portalu od sympatyka, po przez stazystę, mysliwego, a teraz jest już selekcjonerem. (koniec cytatu), to jednak niesmak został.
Reakcje na odrzucenie bywają różne. Czasem wywołują agresję, ale pomińmy ją.
Czasem ktoś próbuje rozładować atmosferę żartobliwą ironią (cytat):
Masz rację !!!!!!!! Po jaką cholerę się tu logują ? (koniec), ale nie wszyscy pojmą kpinę. Więc następuje kontratak:
… wielki pan bo jest myśliwym... Jak się interesujemy łowiectwem to nam nie wolno pogadać o zwierzętach, broni, akcesoriach??? Mam 15 lat i jestem stażystą od 25 maja tego roku. Łowiectwem interesuję się od 7 lat, więcej niż niejeden z myśliwych tu zalogowanych mam styczność z łowiectwem. Proszę podaj mi argumenty czemu miałbym się nie logować, lub pewnie byś chciał żeby każdy co nie jest myśliwym wyrejestrował konto...
Szkoda go… więc i go pożałują:
Oj koledzy myśliwi .... nieładnie …
Ale oni się, ci sympatycy, żalą:
Czy możecie mi powiedzieć, dlaczego należy dyskryminować na forum stażystów bądz sympatyków ?
A gdzie to w taki razie zdobywaliście sami swą tajemna wiedzę "dochtorzy" łowiectwa?
Pewnie wyssaliscie z mlekiem matki .. wiedzę i zarozumiałość też !!!
Ktoś starszy, kto pamięta swoje czasy młodości doradza:
Stażyści - piszcze i dzielcie się swoimi spostrzeżaniami ile macie ochoty.
Ładnych parę lat temu też byłem stażystą ... i też niejeden beton musiałem głową rozbijać.
Tyle z wyboru wpisów…
A moje zdanie?
Od prawieków ludzie dzielą się wedle zapatrywań, stanowisk, wiary, namiętności i majętności. Kiedyś łowiectwo szczyciło się tym, że najmniejszy szaraczek równy był wojewodzie. Może to dobrze, a może źle, zależało to od kultury myśliwych, od ich poczucia więzi łączących brać łowiecką. Myślę, że jednak dbałość o dobry nasz wizerunek zwycięży, że docenimy, my starsi zapał młodości, a druga strona doceni mądrość starszych. Ale to musi się dziać przy pełnym, obustronnym szacunku! Nawet gdy mówimy o „dzikiej kaczce”.          I zamieńmy miecze na lemiesze!
Albo na kordelasy myśliwskie! Te paradne!

 

Dryling to trojak?


Od miłej lektury publicystyki z 1929 roku oderwał mnie telefon. Ze złością wziąłem komórkę do ręki, bo właśnie czytałem o Ejsmondzie. Głos z drugiej strony, kiedyś mówiło się: z drugiej strony drutów, należał do kolegi z okręgu.
Baltazar Niemów rozpoczął przyjaźnie:
– Kolego Wygadany, a może byście tak przyjechali?
– Ależ oczywiście! – nadałem swej odpowiedzi słodkie brzmienie, choć już wiedziałem, że czytanie diabli wzięli, no cóż, odłożę je do jutra.
Pojechałem.
Kolega Niemów czekał obłożony kilkoma słownikami.
– Mówiliście, że szpicer to jest z niemczyzny, więc uwierzyłem. Ale widzę, że nie tylko ten wyraz ma końcówkę –er! Bo sztucer też. I wszyscy mówią sztucer.
– Kolego Niemów, mówią też breneka, choć nie mówią już sztreka.
Niektóre germanizmy przyjęły się w polskim języku łowieckim, niektóre nie! Gdy rozpowszechniała się broń palna, wraz z nią przychodziły nazwy dla niej. I tak fuzja pewnie przywędrowała z Francuzami (un fusil de chasse), sztucer z Niemcami, a wszystko przyjechało autostradą (la strada), która ma paszport włoski.
Na początku XX wieku rozpoczął się proces spolszczania terminów. Fuzję zastąpiła strzelba (choć przecież Asesor w Panu Tadeuszu wołał chełpliwie: A co? fuzyjka moja? górą nasi górą!), a sztucer został!
Strzelba jest bronią śrutową, ma wspólny źródłosłów z czasownikiem strzelać, strzała do łuku też jest z tej parafii, a rosyjska i w ogóle słowiańska strieła całkiem po rodzinie.
Są też różne nazwy strzelby: pojedynka, jednorurka, jednolufka, dubeltówka, dwururka, dwulufka, bok no i ogólnie śrutówka.
A sztucer, niemiecki stutzen, jak już wspomniałem, pozostał i ma się dobrze.
Nie zastąpił go staropolski sztuciec, ani także germańska giwera (gewehr); choć  w wyrażeniach żartobliwych czasem funkcjonuje: ale wygarnął z tej giwery! A już absolutnie nie do przyjęcia jest w myślistwie francuski karabin (carabine), ten zaakceptowany został bowiem i przyjął się dla oznaczenia broni wojskowej.
Trudniejszy problem wystąpił w sprawie drylingu. Jak sama nazwa wskazuje, ma on trzy lufy w układzie 2+1, z tym, że mogą być dwie śrutowe, jedna kulowa, lub odwrotnie i wtedy nazywamy go drylingiem-ekspresem. Dryling przyjął się w polszczyźnie gładko, czasem zastępowany jest trójlufką, całkiem udanym tworem językowym na wzór dwulufki. Próbowano tworzyć inne nazwy, ale najczęściej spotykany trojak jest całkiem nieudany ze względu na zbyt utrwalone dwa znaczenia: śląski taniec ludowy (tańczony przez tancerza i dwie tancerki – stąd nazwa) i gliniany garnek o trzech komorach z jednym uchwytem – uchem. Nigdy nie powiedziałbym, że strzelam z trojaka, bo go nawet nie mam!
– Dobrze, dobrze! – przerwał Baltazar Niemów – a amo? Mówią tak na naboje. No i też mówią: dryl!
– Amo i dryl funkcjonują wśród młodych i pozujących na młodych myśliwych; są zręcznie przejęte z gwary uczniowskiej jak kolo, ziomal czy prezo. To taka przemijająca moda! Nieszkodliwa zresztą zupełnie, jak niegdysiejszy koleś!

Wróciłem do domu, do swoich książek, do Ejsmonda. I do jego felietonu o bohaterskiej krowie francuskiej, która zarekwirowana przez niemieckiego okupanta w czasie I Wojny Światowej, wzięła na rogi swego prześladowcę w pikielhaubie! Krowa ta została przez Republikę Francuską udekorowana za odwagę, a Ejsmond w ślad za swoimi paryskimi kolegami – dziennikarzami zastanawiał się, gdzie przypięto bydlęciu order i gdzie, jak każe obyczaj, ucałowano bohaterkę po dekoracji! Wydarzenie nie byłoby przeszło do historii, gdyby nie jego skutek dotkliwy dla Autora, zatrudnionego w polskim Ministerstwie Rolnictwa: „wylano” go z roboty! Przypuszczam, że nie za przypomnienie zabawnej anegdoty, ale za tytuł publikacji. Brzmiał on: Dekorowane bydlę. 
Trzeba mieć odwagę większą niż francuska krowa w starciu z zaborcą, by pisać dowcipnie w czasach nadętej powagi urzędników!
Baltazar Niemów jeszcze tego nie czytał! Taki odważny to ja nie jestem!
 

Dzika kaczka

Polowania na dzikie kaczki były moimi pierwszymi i najulubieńszymi łowami. I pozostały do dziś kwintesencją myślistwa.
Dlatego nie mogłem nie przeczytać, szczupłej wprawdzie, ale monografii o tym ptaku*.

Nagłówek jest obiecujący, jak napisał Hoppe o przyszłościowym byku! I tych byków jest tu sporo, ale nie uprzedzajmy faktów!
Górę strony zajmuje nadtytuł: Ptaki wodne, co sugerowałoby ciąg dalszy o innych ptakach, nie tylko dzikich kaczkach. Z winy Redakcji chyba, nie ma jednak cyferki porządkowej 1; pozwoliłaby ona w przyszłości zlokalizować wybrany tekst. Właściwy tytuł bez zarzutu, ale już we wstępie czytamy: Krzyżówka to najczęściej spotykana kaczka w naszym kraju, (…).
Zadziwiło mnie to. Najczęściej bowiem spotykaną kaczką w naszym kraju jest kaczka dziennikarska; pisząc naukowo, a szczególnie dla myśliwych, polecam Autorowi hasło „dzika kaczka”. Tym bardziej, że w dalszej części opracowania odkrywa on dla nas lądy całkiem nieznane!
Dla poprawienia nastroju przypomnę żart opowiadany od pokoleń, żart o myśliwych:
Początkujący nemrod chwali się sąsiadowi:
- Podczas ostatniego polowania ustrzeliłem trzy kaczki.
- Dzikie kaczki?
- Dzikie to one nie były, ale ta ich właścicielka...
Więc na razie koniec żartów!

W dwóch miejscach naukowych informacji szeroko i niezręcznie przestrzega Autor przed możliwością pomyłki w rozpoznaniu krzyżówki od innych gatunków dzikich kaczek. Wprawdzie krakwy wymienionej na pierwszym miejscu nie widziałem na własne oczy nigdy, więc ta możliwość, domniemywam, jest znikoma, ale płaskonos niegdyś był częstym gościem nad Polską. Pomylić można w zasadzie wszystko: pomylenie dla myśliwego płaskonosa z krzyżówką jest jednoznaczne z pomyleniem cyranki z cyraneczką. A już rozpoznanie pod oślepiające słońce starej kury bażanciej od koguta to mistrzostwo! Nie w te dziedziny więc powinna zagłębiać się naukowa rozprawa, która ma za zadanie nauczyć.

Dla nauki podaje Autor metodę oceny wieku dzikich kaczek na podstawie szerokości pokrywy lotek drugorzędowych. Bez określenia w jakichś wymiernych wielkościach od – do, tyle a tyle, ocena ta jest relatywna: jak ocenić, czy te piórka są węższe czy szersze, gdy nawet z fotografii nie bardzo to wynika? Równie dokładny jest stosowany przez myśliwych – praktyków sposób polegający na uchwyceniu dzioba strzelonego ptaka w dwa palce. Jeśli pod ciężarem tuszki dziób załamie się, to ptak jest młody. Ale metody te przypominają żartobliwą metodę rozpoznawania kaczora od kaczki: jak spadł, to kaczor, jak spadła, to...
Takimi metodami, jak pisze sam Autor, wieku rozpoznawać się nie da. Informacja więc, że czegoś się nie da ocenić, do ścisłych nie należy.

Jest takich informacji więcej. Czy spłoszona z gniazda starka wraca na opuszczone zniesienie, czy nie? Kaczka wysiadująca jaja często przeczekuje niebezpieczeństwo, wykorzystując swoje maskujące ubarwienie i brak odwiatru. Wielokrotnie miałem okazję zaobserwować taką przyczajoną, pewnie instynktownie trwającą do ostatniej chwili samicę; raz przeszedłem mimo z całą szkolną wycieczką, uprzedzając uczniów, by nie zatrzymywali się, a popatrzyli „z marszu”. Często też spłoszona, wraca po pewnym czasie. Tylko w razie zniszczenia zniesienia przez drapieżnika definitywnie opuszcza gniazdo.

Inna informacja, z dziedziny ochrony kaczorów wiosną podaje, że za kaczką wysiadującą uganiają kaczory wzajem sobie przeszkadzające. A może to dobór naturalny, eliminacja słabszego osobnika, jak u zajęcy w czasie parkotów. Bez badań i potwierdzonych wyników wszelkie kategoryczne stwierdzenia często są mylne. Poza tym nie wydaje mi się prawdopodobne, by wysiadująca kaczka miała „w głowie” amory! Przechodzą jej one w momencie, gdy zaczyna wysiadywanie.

Zadziwiające jest wyliczenie (z dużą niedokładnością) statystycznego wieku, jakiego dożywają krzyżówki. Według przytoczonych przez Autora danych, w pierwszych 2 latach ginie ok. 83,5 % osobników. Strat trzeciego i czwartego roku życia nie znamy, w piątym „zaledwie” (?) 1,8 %, więc wynikałoby, że te 2 brakujące lata charakteryzują się śmiertelnością wyższą niż 3,6 % (wynik z przemnożenia 2 x 1,8 %), co razem daje w pierwszych 5 latach śmiertelność ponad 88,9 %. Jeśli przyjmiemy, że 90 %, to ostateczna konkluzja Autora jest mylna: nie 2 osobniki na 100 dożywają 6. roku życia, lecz tylko jeden! Niedokładność sięgnęła więc 100 %!!! Równie kuriozalna jest informacja o obrączce sprzed 42 lat. Podawanie takiej informacji i stwierdzanie jej błędu nie przystoi naukowemu opracowaniu. Kolejne zdanie wymaga cytowania:
„Z uwagi na sędziwy wiek osobnika większość ornitologów przypisała to odkrycie (znalezienie 42-letniej obrączki na żywym ptaku – przyp. JJJ) błędowi odczytu obrączki, a wiadomość uznała za niesprawdzoną”.

Błąd nastąpił nie tylko w odczycie, ale i w logice. Skoro ptak był sędziwy, to i obrączka taka! Czegoś w tym rozumowaniu brakuje!
Przejdźmy do części myśliwskiej artykułu.

Argumentacja decyzji o wstrzymaniu wiosennego odstrzału kaczorów ma taką wagę, jak i wcześniejszego wprowadzenia tego odstrzału. Pewnie iluzoryczny spokój w czasie lęgów bardziej był potrzebny dla spokoju decydentów, niż wysiadujących kaczek, a efekty podobne do prowadzenia selekcji samców zwierzyny płowej. Wyjaśnienia wymaga „wyjaśnienie” o ochronie i znajdowaniu się na liście zwierząt łownych. Pojęcie ochrony różnych gatunków „zamazane” zostało w artykule    
terminami nieprawnymi , a polowanie redukcją, z czego czytelnik nie zrozumie nic.
Ponieważ miesięcznik czytają myśliwi niekoniecznie znający zawiłe przepisy ustawy o ochronie przyrody, warto im choć skrótowo wyjaśnić, czym się charakteryzują różne systemy ochrony. Przytaczam więc odpowiednie zapisy bez zbędnego „prawnego” dymu:

Ochrona częściowa – oznacza ochronę gatunków roślin, zwierząt i grzybów dopuszczającą możliwość redukcji liczebności populacji oraz pozyskiwania osobników tych gatunków lub ich części;
Ochrona czynna – oznacza stosowanie, w razie potrzeby, zabiegów ochronnych w celu przywrócenia naturalnego stanu ekosystemów i składników przyrody lub zachowania siedlisk przyrodniczych oraz siedlisk roślin, zwierząt lub grzybów;
Ochrona ścisła - całkowite i trwałe zaniechanie bezpośredniej ingerencji człowieka w stan ekosystemów, tworów i składników przyrody oraz w przebieg procesów przyrodniczych na obszarach objętych ochroną, a w przypadku gatunków – całoroczną ochronę należących do nich osobników i stadiów ich rozwoju.

Nie można, pisząc rozprawę nawet popularnonaukową, wykraczać poza ścisłe, ustawowe zapisy! Tak więc dzika kaczka znajduje się pod ochroną częściową, czapla siwa pod ochroną czynną, zaś sokół wędrowny pod ochroną ścisłą! Tak mówi ustawa, interpretacja nie należy do nas!

Autor pisze o języku łowieckim jako o gwarze, więc pewnie gwarowe są hasła użyte przez niego dla określenia kaczorów krzyżówki w okresie pierzenia (farbowania). Nielot to nie klapak, młody ptak klapie skrzydłami po wodzie (kłapie dzik szablami o fajki). Nim nauczy się latać, dzika kaczka jest klapakiem, nim się wyfarbuje po linieniu jest nielotem. To są dwa różne okresy w życiu dzikich kaczek!

Nie spotkałem w żadnym słowniku ani w użyciu przez myśliwych słowa „łyżka” dla określenia kaczego dzioba, może gdzieś tak mówią! Zamiast opisowego, czego język nie „lubi” i niezbyt poprawnego „ … przyjmują dorosłe ubranie (upierzenie) późną jesienią”, wystarczyło napisać: wyfarbowują się do jesieni.

Kaczki nie tworzą tabunów, to przywilej gęsi, lecz stada lub stadka. Kucharka nie prowadzi stada na żer, jest to pojedyncza dzika kaczka, sama oblatująca teren potencjalnego żerowania w celu zbadania stanu bezpieczeństwa. Tak się przynajmniej wydaje myśliwym! I do niej nie strzelają!

Dzikie kaczki nie zbierają się również w sadach, nie wiem, czy lubią jabłka lub gruszki. Sady to poranne zloty kaczek na dzienny odpoczynek. Nie mają nic wspólnego z odlotem na zimowiska. I nie tylko wtedy formują w locie sznury i klucze.

Jak na krótkie opracowanie w myśliwskim bądź co bądź miesięczniku, lista błędów i nieścisłości długa. Nie usprawiedliwia ich ani wiek Autora, ani brak korekty w Redakcji. Dalej idących wniosków nie śmiem wyciągać!

* Brać Łowiecka, nr 7/2009, str. 36

 
<< Początek < Poprzednia 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 Następna > Ostatnie >>
Strona 10 z 12