Publicystyka

Poradnik literacki drugi

     Pisanie prozą, wbrew utartemu poglądowi, nie jest wcale łatwiejsze niż wierszem. Zaryzykowałbym nawet pogląd, że łatwiej przychodzi poezja, w której możemy pozwolić sobie na wzniosłe myśli i stylistyczne figury. Tylko ani w poezji, ani w prozie szanujący się pisarz nie robi błędów.

Z lektury wiem, że pospolite błędy zdarzają się rzadko: nie ma już takich orłów ortografii, którzy lekką ręką, czy lekkim piórem fasują nam w swej genialnej twórczości "fshut" zamiast wschodu słońca. Raczej nie ma. Ale gdy szczęśliwy nemrod "warzy" tuszę rogacza, warto zapytać, czy nie lepsze mięsko pieczone? Po konsumpcji pieczeni, szczególnie przed snem, może jednak dopaść piszącego wynikająca z niestrawności ociężałość myśli. Wtedy też przychodzą błędy większego kalibru, ale trudniejsze do wychwycenia przez czytelnika.

W przekonaniu początkującego literata dobre opowiadanie (nie tylko myśliwskie) musi zacząć się opisem przyrody, w rozwinięciu kilka zdań na temat przebiegu wydarzeń, a skończyć efektownym sukcesem. Żeby nie zanudzać, wygląda to tak:

"Poszłem na piękną łąkę pod lasem, było pięknie. Pięknie zachodziło słońce, gdy wyszedł z lasu rogacz, na którego już długo polowałem, więc go szczeliłem. Było super!"

Trzy zdania, których treść przeżywa każdy łowca na każdym polowaniu. Tylko nie każdy chwyta za pióro, żeby swe wrażenia przenieść na papier. Do tego niezbędna jest pewna wiedza o sztuce pisania. To czytelnik, odbiorca naszych słów ma sam dojść do przekonania, że "łąka była piękna" i że "pięknie zachodziło słońce". Poza tym pisanie o zachodzie słońca jest wtedy celowe, gdy ten zachód ma dowieść jakiejś niezwykłości krajobrazu lub akcji. Bo to, że słońce zachodzi, wiedzą wszyscy, nie trzeba o tym pisać.
Nie jest to łatwe. Ale od czego mamy Mistrzów słowa?

Sięgnijmy do Sienkiewicza. W pierwszym rozdziale Ogniem i mieczem spotykamy niezwykłe zdarzenie na Dzikich Polach: pustka, chylący się do kresu dzień, ogrom płaskiego stepu. Za chwilę rozegra się tam dramat, krwawa scena. Jedno krótkie zdanie, niemal poetycka proza wielkiego pisarza, osiem słów. Przeczytajmy z uwagą:

"Słońce połową tylko tarczy wyglądało jeszcze zza widnokręgu".

W nim dwa słowa - klucze, tylko i jeszcze. Te dwa słowa mówią za całą opowieść. Tylko - to chwila; jeszcze - bo trwa. Wiemy, czujemy to, że jeszcze tylko - i zniknie.
Poetycki szyk wyrazów, w zwyczajnej wypowiedzi byłoby: słońce tylko połową tarczy...
Odczuwamy więc i całą złożoność tego wieczoru, i grozę, i zmierzch, i niezwykłość. A przecież nikt nie musi nam tłumaczyć, że było pięknie, bo zachodziło słońce.

Jaki jest cel opowiadania drugiemu człowiekowi o swoich przeżyciach? Bo widzi każdy to samo: zachód lub wschód słońca, zieleń traw, czerń sosnowego boru w oddali. Ale każdy inaczej odbiera, czuje, przeżywa. Dlatego nic nie znaczy zdanie: Słońce zaszło za horyzont. Inny obserwator widzi to również. Ale jeśli napiszę: Prawie pół słonecznej tarczy zapadło pod horyzontem, to wśród dziesieciu czytelników żaden nie widzi tego zachodu tak samo, "prawie pół" dla każdego znaczy co innego. Nie każę im pojmować zachodu jednakowo, zostawiam ten margines swobody w odczuwaniu, w pojmowaniu, w zachwycie. Według ich kryteriów "połowy", nie według moich.

Ta "połowa" rozciąga się na całą fabułę opowiadania. Piszmy, kto potrafi, przelewajmy na papier swoje odczucia, twórzmy impresje myśliwskie, by zachować w pamięci ulotne i przemijające chwile.
Ale nie zmuszajmy wszystkich do własnego wizerunku świata. 

alt
 

Wielki myśliwy

Wielki myśliwy

Jest w życiu publicznym wiele prawd kardynalnych. Są wielkie prawdy, małe prawdy i inne prawdy. Ksiądz profesor Tischner wyróżniał czwartą kategorię, ale opuśćmy na nią zasłonę milczenia.

Jedną z takich prawd niezbyt ciężkiego formatu jest prawda tycząca wielkości. A szczególnie rozumienia znaczenia słów ją opisujących. W tym celu między innymi, to znaczy w celu wyjaśnienia części użytkowników trudności w pojmowaniu powstają słowniki. One też są wielkie i małe.

Ponieważ obracamy się w kręgu ludzi realizujących pasję łowiecką, więc i o słowniku języka łowieckiego będzie mowa. A nawet o słownikach, bo jest na rynku ich wiele; i znów - wielkich, średnich i małych. Dotyczy to nie tylko rozmiaru zasobów, ale i wartości. Bowiem słownik, jak sama nazwa wskazuje, służy do zawarcia i objaśnienia w nim słów, które umieszczone na papierze przybierają nazwę wyrazów, a ułożone alfabetycznie lub tematycznie w słowniku, są wyrazami hasłowymi. Idąc tym tokiem rozumowania, taki wyraz hasłowy łącznie z jego objaśnieniem jest artykułem hasłowym. Oczywiście nie jest to podręcznik leksykografii, więc rzecz w dużym skrócie. Tak i autorów różnych słowników trzeba rozumieć, że nie zawsze i wszystko, nawet w myśl najlepszych intencji, wiedzą.

Może więc zdarzyć się, i zdarza, że spotykamy wady różnych gatunków.

Będą to błędy:

kniejówka - broń myśliwska o dwóch lufach (zbyt wąska definicja, dubeltówka i ekspres też są okazami broni o dwóch lufach, brak uzupełniającej części objaśnienia - kulowej i śrutowej),

jeleń uwieńczony - jeleń byk noszący wieniec (błąd gramatyczny, powinno być: byk jelenia),

racica - rozdwojone kopyto u żubra, zwierzyny płowej, muflona, dzika (błąd merytoryczny, racica nie jest rozdwojonym kopytem, czyli III palcem, lecz III i IV palcem śródstopia i się nie rozdwajała).

Skoro jednak autor słownika może uleć chwilowej lub częściowej destrukcji semantycznej, takie zdarzenie może mieć również czytelnik, czyli użytkownik. Jak niegdyś napisał wielki (nomen omen!) myśliciel i słynny prześmiewca Boy, "... bo paraliż postępowy najzacniejsze trafia głowy". Więc zdarzyło się, że hasło "myśliwy" (jest jego objaśnień, lub jak kto woli znaczeń, ponad 50!) w jednym ze słowników wyjaśniono w skrócie przez tylko 5 znaczeń, niestety, nie obejmujących całości. Jedno dotyczyło "wielkiego myśliwego" jako tego, który m.in. polował i odnosił sukcesy w wielu łowiskach świata. Tego rodzaju objaśnienie, przy innych: "prawy myśliwy" lub "niedzielny myśliwy" , było obrazem jednej tylko części działalności i osiągnięć rycerza św. Huberta. Problem wzbudził ten przymiotnik "wielki". Co znaczy "wielki"?

Poczytajmy ze zrozumieniem tutaj, jeśli tam tego zrozumienia brakło:

Wielki

1. znaczny pod względem rozmiarów, liczby, ilości: Wielki dom;

2. przekraczający zwykłą miarę, gwałtowny: Wielki ból;

3. mający duże znaczenie, ważny, doniosły: Wielki Tydzień;

4. znacznie przewyższający zdolnościami, wybitny, znakomity: Wielki artysta;

5. przydomek nadawany potężnym, wybitnym władcom: Aleksander Wielki.

Zbliżonym znaczeniowo pojęciem jest wyraz "wysoki". Można powiedzieć "wielki dom", i "wysoki dom", znaczy to mniej więcej to samo; będzie to dom okazały, wielopiętrowy, rozmiarami przewyższający domy okoliczne. Ale nie znaczy to samo, jeśli powiemy tak o ostatnim królu z rodu Piastów, Kazimierzu Wielkim i wnuku Krzywoustego, Bolesławie Wysokim. Wtedy Wielki i Wysoki znaczą co innego. Pierwszy był Wielki z racji swych zdolności, drugi Wysoki z racji wzrostu.

Wróćmy do słownika i określenia "wielki myśliwy".

Wiemy już z powyższego wywodu, że tu słowo "wielki" znaczyć będzie jak w punkcie 4. "wybitny, znakomity". Więc tylko ten myśliwy, który znacznie przewyższa innych zdolnościami, tylko ten znakomity, znający łowiectwo we wszelkich aspektach, również ten polujący w wielu łowiskach świata, znawca, koneser i bywalec zasługuje na przydomek "wielki". Czy to dyskryminuje w jakiś sposób pozostałych? Tych dobrych, etycznych i prawych? Czy stosowany grzecznościowo wobec osób na najwyższych stanowiskach, np. w dwudziestoleciu międzywojennym do prezydenta zwrot "pierwsza strzelba Rzeczpospolitej" ujmuje wielkości czy zasług pozostałych tysięcy myśliwych, inaczej mówiąc: strzelb? Czy zwracając się do wybornego strzelca, zwycięzcy krajowych mistrzostw PZŁ per "Mistrzu" deprecjonuję kolegów po strzelbie, którzy nie zawsze potrafią rozbić rzutek "w dym"? I czy umieszczając w słowniku jedno z haseł "wielki myśliwy" autor dekretuje nominację 120 tysięcy łowców do takiego tytułu? Są społeczności ogarnięte większym lub mniejszym poziomem megalomanii, ale jest jakaś granica dobrego smaku. Poprzednia formacja rozbudziła nadmiernie w ludziach wiarę w egalitaryzm: wszystkim po równo, wszystkim się należy, wszyscy są "wielcy myśliwi". Nawet ci po dwumiesięcznym kursie i "pozyskanym capie".


 

Intelektualna rzeźnia


Intelektualna rzeźnia

Z najwyższą odrazą przeczytałem na blogu „skrajnie wypaczonego” profesora dra Jana Hartmana tekst o myśliwych, napisany, jak to stwierdził jeden z prof.Hartmankomentatorów, pod wpływem ”uwierania jarmułki”.

Każde nakrycie głowy jest dobre, byle chroniło przed palącym słońcem. Kapelusz z piórkiem, wbrew jadowitym wypowiedziom już drugiego z rzędu profesora, wcale nie gorszy! Przeraża mnie coś innego, co pleni się w dziennikarskich enuncjacjach ostatnich czasów: to słownictwo przejęte z rynsztoka!

Jeśli przyjąć, że profesor jest osobą wykształconą, humanistą, człowiekiem Renesansu, to jak pogodzić się z taką retoryką? Jak rozumieć w wypowiedzi przedstawiciela elit umysłowych zwroty: sitwa, odraza, cynizm, proceder, mord, znęcanie, dewiacja, oprawca, rzeź, sadyzm, podłość, skierowane do potencjalnego rozmówcy? Czy tyle wystarczy? Czy pan profesor wydukał choć jedno takie słowo w obronie mordowanych przez jego rodaków Palestyńskich dzieci? Jak wytłumaczyć epatowanie liczbą 800 tys. zabitych przez myśliwych zwierząt, przecież zjedzonych przez nich i ich rodziny, wobec takiej samej liczby umęczonych kilkudziesięciogodzinnym transportem i ubitych w rzeźniach kur, kaczek, gęsi, świń i koni; i to nie w roku, ale na jeden dobowy „rzut”? Może jeszcze w rytualnym uboju? Jak wytłumaczyć brak elementarnej wiedzy u człowieka przecież wykształconego, który nie zadał sobie trudu dociec autorstwa i przeznaczenia Hymnu Leśników, napisanego u progu Niepodległości II Rzeczypospolitej:

Stajemy dziś razem zbratani,

Jak jeden mąż – jak jeden mur,

Obronie puszcz i kniei oddani,

Od morza fal, do szczytów gór;

My borów włodarze

Stajem przy sztandarze.

Darz Bór! – tak hasło brzmi,

Gra hejnał chór –

Darz Bór! – Darz Bór!

Gdzie tu jest mowa o zabijaniu, o dewiacji, o cynizmie?

Jedyny komentarz do tych słów organizujących się polskich leśników zawarł pan profesor w podłej frazie: „Ileż to się musiała napocić święta Hipokryzja, żeby zmontować tę ideologię. Zabijanie to „bronienie”! I jeszcze jeden przykład manipulacji, działania człowieka wypaczonego mamoną, bo chyba tylko dla pieniędzy mógł to wymyśleć! Taki niewinnie brzmiący tekst: „No bo przecież zwierząt nie może być za dużo, prawda? Kniei bronić trza przed knieją”! Jedno słowo, zmanipulowane, bo przekręcone; trza zamiast trzeba! Ale to pan profesor wie, co pisze. To skręcone „trza” uderza w myśliwych, pokazuje kim oni są, działając na podświadomość, urabia opinię. Nikt tego nie zauważy, to tak, jak poklepywanie po plecach, jak „wicie, rozumicie”!

Bo i poglądy, i sympatie polityczne pana profesora są rozległe. Od Lubelskiego KUL-u po Pułtuski Uniwersytet, od Gazety Wyborczej po Fakty i Mity, od Unii Demokratycznej po SLD, od Europy Plus   po Twój Ruch z dziesiątkiem kanapowych partyjek w środku. Zaiste imponujący dorobek polityczny. Profesorskie koneksje rozległe, godne potomka narodu wybranego!

No i na koniec perełka z początku panaprofesorowych sukcesów. Należący do elit intelektualnych, naznaczony miazmatami nadmiaru mądrości i kultury, stawia w tytule swej lichej wypowiedzi godny jego postaci, żartobliwy w jego głupawym mniemaniu, zwrot: Srarz bór! Pomijam sprawę obraźliwego traktowania drugiego człowieka, choćby antagonisty, ale profesorowi katolickiej uczelni nie przystoi lumpiarskie słowo. Wstyd, srorze!  

 

Konkurs Literacki - roztrzygnięty!

Zwycięzcy konkursu - Gratulujemy!
alt
 

Polityka poszła w las


Polityka poszła w las

POLITYKA Rakowskiego zajmowała się polityką.
    Obecnie wydawana, gdy zdawałoby się, że wolno więcej w polityce, zajmuje się plotką.
Plotka, czyli niesprawdzona wiadomość, kiedyś była zawartością wiadomej prasy. A wątpię, by autorka zamieszczonego w tygodniku paszkwilu na łowiectwo przeczytała choćby elementarz.
    Myśliwskie oko dojrzy już na okładce wyniki tego nieoczytania i braku wiedzy pani Sowy: zdjęcie egzotycznego zwierzęcia, jakiego nie zna i nie widziało trzy czwarte polskich myśliwych, tytuł sugerujący militarne paralele, I Wojna Światowa i siwy strzelca strój, wreszcie dobijające w podświadomości czytelnika słowo-klucz, masakra! Dalej w tekście podkreślona jeszcze mnóstwem krwi i tonami flaków przy patroszeniu. Pewnie nikt z czytających nie dostrzeże manipulacji, skąd tony flaków przy patroszeniu sarny, która waży 20 kg? Ale utrwaliło się i działa przeciwko mordercom!
A że ten milion zamordowanych po chwili jest już okrojony do 800 tysięcy? Nieważne, jest liczba! Takich informacji, niesprawdzonych danych, wyrażeń świadczących o braku kardynalnej wiedzy na temat poruszany w artykule jest wiele; nie do wiary, że Naczelny POLITYKI puszcza taki bubel! Nieboszczyk Rakowski w grobie się przewraca, On by tego, jak Go znałem, nie pozwolił! Trudno więc polemizować z autorką Agnieszką Sową, bo nie wiadomo jej, o czym! Czy o Prawie łowieckim, Rozporządzeniu Ministra Środowiska, czy o zwykłej, podstawowej wiedzy dostępnej wśród Braci łowieckiej. Każdy przecież z myśliwych wie, że w Kole Łowieckim jest jeden łowczy, u p. Sowy łowczowie stanowią 80% myśliwych, czyli w kole łowieckim liczącym 30 strzelb jest 24 łowczych! Niesamowite koło, sama władza!
   Dalej p. Sowa wdaje się w szczegółowe wyliczenia. Ponieważ chodzi o pieniądze, robi to skrupulatnie. Najdłużej zatrzymuje się nad sprawą kłusownictwa myśliwych, ale gwoli prawdzie przyznaje, że muszą płacić za nielegalnie odstrzeloną, poza planem, zwierzynę. No i poraża ogromem sum: za upolowanego poza planem łosia aż 15 tysięcy złotych! Sęk w tym, że już 12 lat obowiązuje pełna ochrona łosi w Polsce. Tak trudno było się o tym dowiedzieć?
Kuriozalne jest zdanie, ważkie przecież w wywodach p. Sowy, że "o finansach Polskiego Związku Łowieckiego też wiemy tylko tyle, ile nam łowczy powiedzą". Pytała pani?  Bo kto pytał, fakt, że po długim oczekiwaniu, ale się dowiedział! Można? Można, choć nie wszystkich to interesuje. Nie spotkałem też instytucji, stowarzyszenia lub firmy, która ochoczo dzieliłaby się takimi informacjami. Nawet, jeśli to jest jakikolwiek związek, utrzymywany ze składek bądź dotacji. A wpychanie w to osławionego dziełem o farbie byłego myśliwego, który dziesięciokrotnie przekroczył średnią strzelonej, "zamordowanej" bestialsko przez jednego myśliwego zwierzyny, nim się "nawrócił", jest niesmaczne i szkodliwe zarówno dla przeciwników łowiectwa, jak i jego zwolenników. Daleko mu do biskupa Huberta, o którym też się p. Sowie albo zupełnie pomyliło, albo nie doczytała! Powinna wiedzieć, mając studia historyczne lub polonistyczne, kim był i kiedy został patronem myśliwych, jeśli nie chce się ośmieszyć.
No i na koniec, nim napisze o ołowiu, co też się pomyliło, nakręca tradycyjną katarynkę p. Kruczyńskiego: o ekscytacji zabijaniem, o czerpaniu przyjemności z mordowania zwierząt, o adrenalinie. Rzuca zdania oklepane, banalne, nieprawdziwe, które zdewaluowały się, jak to nieszczęsne "dokarmianie", ale powtórzone po raz setny, zapadają w pamięć nieświadomego paskudnej operacji czytelnika.
Po wykładzie o szkodliwości różnych gatunków zwierząt, autorka cytuje swego idola: Nie można poczuć większego wpływu na rzeczywistość, niż wtedy, kiedy się odbiera życie.
  Gdybym był takim panem myśliwym, jak ów cytowany, to ze wstydu i z poczucia winy wobec świata i bliźnich popełniłbym społeczne harakiri! Zniknąłbym z powierzchni publicznej, sklecił erem i żył życiem pustelnika!
Dziwię się Redakcji POLITYKI, że rzuca plebsowi takie ochłapy! Nawet w walce o równie małe cele, jak dołożenie myśliwym, trzeba prezentować  dobry warsztat dziennikarski. I choć przez szacunek dla czytelnika, jeśli go się dla siebie nie ma, dbać o poprawność językową. W poprawianie szkolnego wypracowania czy dyktanda nie będę się angażował!
 
Jan Jerzy Jóźwiak
 
<< Początek < Poprzednia 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 Następna > Ostatnie >>
Strona 1 z 12