Proza

Konkurs Literacki!

alt
 

Dzicze refleksje


Kwietniowe Słońce nie rozpieszczało wiosennej przyrody: w ciągu dnia świeciło ostro, budząc  do życia  co oporniejszych przedstawicieli flory i fauny, a nocą spało smacznie. Trudno, żeby nie spało, bo cóż robić, kiedy straż trzyma Księżyc. Ale zostawienie delikatnych pędów na pastwę nocnych chłodów, owocowało sczerniałymi końcówkami i posiwieniem młodych traw. Szkoda pracy... Kiedy słońce powoli chyli głowę nad koronami drzew i uparcie odmawia promiennych pieszczot spragnionej przestrzeni, nadchodzi czas dzika. Jemu niepotrzebne jest ciepło, ani figlarne zabawy z odblaskami na wodzie, wystarczy odrobina błota, kilku kumpli i nadzieja na garść pędraków na kolację. Mogą być pędraki, korzonki, albo zeszłoroczne kasztany, które wprawdzie czas wepchnął trochę w ziemię, ale dadzą się wygrzebać kilkoma ruchami tabakiery. Można też dobrać się do mysiej spiżarni, która zawsze kryje w sobie jakieś smakołyki. Gospodarze tych delikatesów pewnie dawno o nich zapomnieli, albo załapali się na kolację u lisa, jako danie główne, więc niewiele ich obchodzi co się stanie z zapasami, które skrzętnie gromadzili całą jesień. Im niepotrzebne -  a dzik się pożywi. Najciekawsze dzicze sceny rozgrywając się poza zasięgiem myśliwskich lornetek, z dala od ambon, zwyżek i wszystkich tych miejsc, w  których dziki są najbardziej oczekiwane.

Między rzeką a lasem, w miejscu, które niedawno łaskawie opuściła woda, odsłaniając  żyzne, pokryte nierównościami łąki, spotykają się dziki. Nie, nie są to towarzyskie zebrania, choć przekomarzaniom i pogwarkom nie ma końca, ale normalne, wspólne żerowanie. Kilka krzywych gałęzi opartych o przewrócony pień tak, że utworzyło się coś na kształt ławki, zachęca do siadania. Wiatr zapewnia anonimowość, krzaki dyskrecję, więc można zacząć podglądanie. Już czas, zaraz się zacznie! Słońce schowało się gdzieś za rzeką, wyschnięte trzciny zaszeleściły nerwowo i przez łąkę przebiegło kilkanaście ciemnych postaci. Przebiegło, zatrzymało się w splątanych łozach i po chwili kolejno, według ustalonego  rytuału, na restauracyjne boisko, zaczęły wychodzić dziki. Jeden, dwa, trzy... , jedenaście, ....ście, czarny tłum kłębi się, kwiczy, poszturchuje. Tu i ówdzie słychać pojedyncze mlaskanie, kilka kęp trawy zaczęło żyć swoim życiem wyskoczywszy kilkanaście centymetrów nad ziemię, między starszymi dzikami biega płowy przelatek. Łobuz z niego niesamowity; a to zacznie starszemu koledze buchtować tuż przed samym gwizdem, a to wyskoczy nagle z głośnym kwiknięciem zza niewielkiego krzaczka, dokucza jak tylko potrafi, jego lista dzikich psikusów  robi się coraz dłuższa. Co jakiś czas któryś ze zniecierpliwionych pobratymców pogoni intruza, albo ostentacyjnie odwróci się do niego chwostem. Mały nic sobie z tego nie robi, jego płowa grzywka i zawadiacko nastroszony "na jeżyka" chyb, migają to tu, to tam, po całej łączce. Takie dzicze ADHD. Oczopląsu można dostać. Nic dziwnego, że pętak taki mikry, jeśli nie może się na jedzeniu skoncentrować! Nagle ciemne cielska nieruchomieją! Z pobliskich mokradeł wyraźnie dobiega regularne klapanie. Czyjeś nogi, cewki, lub racice niosą jakiegoś intruza wprost na łączkę, na której właśnie trwa posiłek! Niosą i się nie boją! W jednej chwili dziki porzucają pracowicie wyryte buchty i wzorem rzymskiej armii, w zwartym szyku, opuszczają gościnną jadłodajnię. Biegną ile sił w krótkich rapetach, potykają o kępy trawy i wystające korzenie, aż w końcu, z impetem godnym zawodowych pływaków, rzucają się w odmęty rowu melioracyjnego.... Z drugiej strony łąki, na plac boju, wesoło wkracza pięć niewielkich, identycznych dziczków - sprawców zamieszania... Młodzieńcy pewnie  nawet nie zauważyli, że przypadkiem pozbawili wyżerki swoich pobratymców, że przed ich szalonym, młodzieńczym pędem spłoszyły się potężne, dorosłe odyńce. Ale kto by się przejmował takimi drobiazgami, jeśli dookoła tyle smacznych kąsków! Sukcesywnie, krok po kroku, zanurzając w raczkującej zieleni swoje gwizdy, dzicza młodzież przemierza nadrzeczną łąkę. Od wody, powoli nadciąga chłodna mgła, drewniana ławka, do tej pory tak wygodna, zaczyna uwierać tu i ówdzie. Czas pożegnać wesołą kompanię, może spotkamy się jeszcze kiedyś? Może na tym samym polowaniu?