O łowiectwie

Poradnik dla twórców

Przeczytałem kiedyś dobre opowiadanie myśliwskie w sieci, więc napisałem jego Autorowi, że tylko dlatego je komentuję, że jest dobre. Na "średniactwo" szkoda czasu! Znalazłem też dobry rysunek; rokował, że jego Twórca się rozwinie! Zrezygnował z rysowania! Jego wola, szkoda mi tylko szansy.

Wiele też razy doradzam piszącym, którzy pytają mnie o tę radę, by jeśli nie mają wiedzy lub pod ręką słownika poprawnej polszczyzny, dali tekst komuś do korekty. Czasem fabuła zapowiada się dobrze, ale pogrążają nadzieje na sukces ortografia, gramatyka i interpunkcja. Nie chcę już się zagłębiać w teorię literatury, ale dobrze znać klasyczną, grecką zasadę jedności czasu, miejsca i akcji! Nie można przeskakiwać w opowiadaniu z dziś do wczoraj i z powrotem, czy też bez umiaru z domu do lasu w jednym akapicie.
To samo ze znajomością gramatyki.

Wiem, że trudno kogoś przekonać, że to ma znaczenie, czy się użyje w zdaniu Biernika czy Dopełniacza. Niełatwo wyjaśnić te tajemnice w kilku zdaniach, ale jeśli nie wiemy nic o liczbach, rodzajach, przypadkach czy rzeczownikach żywotnych lub nieżywotnych, to lepiej poprosić kogoś o pomoc. Będzie korzystniej dla piszącego i czytelnika, gdy choć z ortografią nie jest na bakier, bo styl czy gatunek literacki to wyższa szkoła jazdy!
Ciężko wytłumaczyć różnicę np. między opowiadaniem a sprawozdaniem.
By być łatwiej rozumianym, zacytuję Wieszcza:

"Litwo! Ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie!
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię stracił".
To jest opowiadanie, dokładniej się wyrażając opowiadanie wierszem, czyli poezja.
Jak wyglądałyby te wiersze, gdyby Mickiewicz chciał napisać poetyckie sprawozdanie z ostatniego zajazdu na Litwie?

Spróbuję:

"Litwo, która ma powierzchnię 65 tysięcy kilometrów kwadratowych i 3 miliony luda,
Ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie, bo cię cenić trzeba, gdy się dzieją cuda,
Od czasu, gdy w 1795 roku przeszłaś pod władzę cara,
A po 123 latach lud zakrzyknął: Carze, wara!".
Widać chyba wyraźnie, w czym tkwi różnica?

Pisząc opowiadanie, nowelkę czy wiersz, unikajmy szczegółów. Podawanie ich z drobiazgowością co do minuty, centymetra i kilograma nie odpowiada temu gatunkowi literackiemu.

Wspominany już wcześniej Poeta pisząc Konrada Wallenroda zaczął tak:
" Sto lat mijało, jak Zakon Krzyżowy
We krwi pogaństwa północnego brodził;"
Więc sto lat mijało, a nie 99 i 3 miesiące, bez szczegółów brzmi o wiele lepiej!

Wiadomo, medium internetowe to nie pismo literackie, myśliwi nie literaci. Ale jeśli w dyskusjach na forum większość staje się ekspertami w prawie łowieckim, znajomości ustaw i rozporządzeń w różnych sprawach z tej dziedziny, czemu w ortografii i gramatyce 100 lat za ... upss! byłoby mi się wyrwało, a to rasizm!

Tak jednak bywa, im większe pokusy w artykułowaniu myśli, szczególnie w piśmie, tym większe opory w przyswajaniu sobie poprawnych zasad. Cóż by jednak było, gdyby zwierza ułożyć nie na tym boku, albo patyka mu do gęby nie wsadzić?

Wtedy larum, krzyk na cały las!

 

Prokurator czy psychiatra?


W ostatnich miesiącach kilku nieudolnych najemników słowa pisanego (chyba ten zwrot w pełni oddaje charakter owych wystąpień?) spróbowało „rozprawić” się z łowiectwem. Ci z nas, myśliwych, którzy dotarli do ich produkcji, albo natknęli się na nią przypadkowo, pamiętają argumenty mające spowodować fizyczną likwidację polowań. Postulat taki został wysunięty bez ogródek, w formie jeśli nie karalnych gróźb, to przynajmniej niewybrednych ataków z gatunku rynsztokowej prasy. To, jedno z wielu, bezmyślne zdanie brzmiało: 
Jedynym polowaniem, jakie przystoi cywilizowanemu człowiekowi, jest polowanie na myśliwych.
Jest to zdanie, które może być przedmiotem zainteresowania prokuratora lub psychiatry. Zupełnie niesłychane! W XXI wieku, w kraju o łacińskiej kulturze i cywilizacji , jeśli to mówi coś autorom tamtych wystąpień, wypowiadanie takich skrajnie wrogich, nieodpowiedzialnych i nie wyważonych opinii o drugim człowieku, o dużej grupie ludzi, świadczy albo o skrajnej głupocie, niewiedzy, albo też o celowej (może, a nawet z pewnością płatnej!) destrukcji form obyczajowych. Tylko w rozpasanym i bezkarnym systemie ochlokracji, zwyrodniałym systemie upadku wszelkich norm prawnych może stać się podobne wynaturzenie! W innym przypadku byłoby ukarane lub wręcz niemożliwe!
Jak jeszcze inaczej można próbować tłumaczyć takie zachowania?
Kieruje tymi ludźmi, czy może siłami, niewątpliwa obłuda. Wybiórczość zasad uważanych jako „poprawne” i „jedynie słuszne”: jednostronne zainteresowanie ochroną niektórych zwierząt kosztem innych, mniej ważnych, przyjmowanie wygodnych reguł, w myśl których używanie samochodów, telefonów i picie redbuli w aluminiowych opakowaniach jest dobre, a polowanie na zwierzynę zaprzecza humanitaryzmowi, noszenie munduru wojskowego to przejaw patriotyzmu, a mundur myśliwski jest gadżetem zwyrodnialców; wszystko to skutkuje zdziczeniem preferowanych przez te siły obyczajów.
Oto przykłady zwerbalizowania podobnych zasad ( czyli argumenty przeciw łowiectwu):
 W dniu wolnym od pracy przebierają się w cudaczne stroje, wtykają sobie w kapelusiki pióra, biorą trąbki i idą w las. Przychodzą do cudzego domu i zabijają jego mieszkańców.
I jeszcze inny popis kultury dziennikarskiej:
A przede wszystkim oni. Zgraja niedorozwiniętych duchowo, choć często sędziwych smarkaczy. Wytworzyli sobie cały rytuał, jak na podwórkowej zabawie, wraz z tajemną mową i systemem sygnałów, który na odległość obwieszcza, jakie zwierzę właśnie zostało zabite.
Nawet zaprojektowali sobie pseudomilitarne stroje i w nich przychodzą do cudzego domu, by zabić jego mieszkańców.
Czy w zdrowej głowie mogą wykluć się podobne myśli?
Uważam, że to jest chore! Pewnie też wynika częściowo z braku stosownego wykształcenia, albo jego powierzchowności. Niedouczenie widać często w podobnych dywagacjach na tematy łowieckie. Oto przykład mizerii rozumu mizernego pisarczyka:
  Kaźnia i egzekucja
Podkarmiane ambony! Wygodnie urządzone, czasami ogrzewane miejsca kaźni. Przyzwyczaja się zwierzęta, aby tu właśnie przychodziły się pożywiać, wykłada się stale karmę: kartofle, buraki, owies, ziarno - po czym, gdy jedzą, zabija się je. Spokojnie, w środku nocy, gdy myśliwy usłyszy odgłos żerowania, wychodzi spod wygodnej kołderki, najczęściej patrzy od razu przez lunetę, wybiera sztukę i naciska spust sztucera.
Komuś, kto nie zna łowieckich realiów, łatwo zamącić w głowie.
Tyle błędów rzeczowych i gramatycznych w czterech zdaniach! Nie do objęcia rozumem normalnego człowieka! Jakaż to uczelnia wykształciła nam takie „elity” umysłowe, na domiar z naszych podatków!!!
Gdzie  i kiedy ci panowie czytali lektury, do jakich chodzili teatrów? Czy słyszeli coś o romantyzmie, o kulturze europejskiej, i choćby (wstyd przypominać!) o Mickiewiczu?
Nie dziwota, że mają się ponad to, skoro nie czytali! Zaprzeczają fundamentalnym zdobyczom literatury powszechnej!
Ich ślepota nie pozwala na przeczytanie choć tego:
Witajcież rycerza,
   Pagórki i niwy,
Król lasów, pan zwierza,
   Niech żyje myśliwy!
Tak mi się wydaje, że nie przebrnęli kilku pierwszych stron dzieła, które powinien przeczytać każdy licealista. A na koncercie szopenowskim w filharmonii (jeśli byli?), dopytują się bileterki, który to autor?
I gdyby nie fałszywe kształtowanie przez nich opinii publicznej, którą łatwo „urobić” niewybrednymi chwytami poniżej pasa, nie zasługiwaliby nawet na uwagę. Chyba, że uwagę służby zdrowia psychicznego! 
 

Ostoja (3)

OSTOJA
program dla myśliwych? (3)
25.10.2009 rok

Nudno i śmieszno…
Wiele razy przeciwstawiałem się poglądom i opiniom pana Wajraka, bo przyjaźnie o nas nie mówi. Ale jednego nie można mu zarzucić: braku mistrzostwa w pokazywaniu zjawisk przyrodniczych. Czy to będzie historia sikorki, czy żubrów w Puszczy Białowieskiej, ten dziennikarz wie, o czym mówi i pisze.
Film ‘Pluszcz miłość na zabój’ jest też przykładem dobrze pomyślanego pokazu. Emitowano go 23 października w TVP 2 w cyklicznym programie Cogito – Wajrak na tropie. Jest to dość regularnie prezentowany ciąg filmów przyrodniczych, pozornie wykluczający możność ciekawego i intrygującego obrazu. Bez wielkich nakładów, bez wieloosobowej ekipy i dużej ilości sprzętu, dyrektorów i asystentów. A widzimy profesjonalnie wykonany produkt. Nie wiem, ile kamer pracowało nad sfilmowaniem historii jednego małego ptaszka, ale efekt był. W łowieckiej Ostoi, która ma za sobą oparcie w 120 tysięcznej organizacji i 2 milionach widzów, oglądamy gadające głowy, nudne ujęcia, dalekie od polowań, czy w ogóle myślistwa historie oraz niedbale wylane na półmisek sosy do „myśliwskiej” pieczeni.
W niedzielę poderwałem się o świcie, by obejrzeć nasz program. Pełen złych przeczuć (ale okazało się, że niesłusznie!), założyłem się z sąsiadem (nie powiem, o co!), że pierwsze trzy tematy nie będą miały nic wspólnego z łowiectwem. I jak tu wierzyć w złe przeczucia, gdy zakład wygrałem.
Ostoję zaczęto dalekim planem nieruchomego lasu.  Ni stąd, ni zowąd ukazały się ośnieżone szczyty Tatr lub Alp, potem nagle kurpiowska chata i dymiący komin nad Gopłem. Nie zdziwiłbym się wcale, gdybym zobaczył Antarktydę. Scenariusz Ostoi przypomina mi aktorstwo pierwszoklasisty na choince noworocznej w szkole: „Oto choineczka mała, w lesie sobie stała…” i szeroki ruch ręką młodocianego aktora, ukazujący, jak to niby ta choinka sobie stała. Kamera powinna wówczas pokazać dumną Mamę artysty.  Nasz artysta pokazuje na tej samej zasadzie swoje dzieło: jak mowa o ekologii, to dymiący komin; jak o łowiectwie, to myśliwego w wysznurowanym mundurze. I znów tradycyjnie: w łowieckim programie prezes gospodarstwa rybackiego w Kruszwicy opowiada o wysychającym jeziorze! Niezwykłe, Wajrak by się uśmiał; całe szczęście, że on tego nie ogląda!
Tę sekwencję kończy groteskowe ujęcie. Cofnięta 20 m od brzegu tafla jeziora, a tu sterczy drewniana konstrukcja pomostu z widocznym z dala napisem: SKOKI DO WODY ZABRONIONE! Polska rzeczywistość, ale czy taka odległa od prawdy?
Druga część Ostoi traktuje o wielkim fotografiku przyrody, Włodzimierzu Puchalskim. Nie wiem, co można nowego powiedzieć o tym człowieku – legendzie?
Okazuje się, że można!
Narrator opowiada: fotografował piękny świat…; kamerzysta pokazuje dziką gęś! Dalszy ciąg narracji: …i okrutny! Kamera: strzelony byk! Oto jaki jest nasz komentarz do dzieła wielkiego myśliwego, podróżnika i artysty!
Nie naprawia wrażenia nawet to, co następuje potem, czyli opowieść owej myśliwej stojącej nad położonym bykiem, okazuje się córki Puchalskiego. Dlatego, że jest przydługa, źle napisana, jakby bez korekty i redakcji! Jak cała Ostoja!
O trzeciej części nic się nie da powiedzieć nowego. Mistrz przy pomocy innego niż zwykle asystenta wyrabia białą kiełbasę z dziczyzny. Marcin po degustacji w poprzednim odcinku (było wytrawne wino, pewnie się nic nie zostało!) widać zaniemógł, ale kiełbaski i tak wyszły dobre. Połowę czasu antenowego zajęło masarzom przeliczanie ilości soli na posiadaną ilość mięsa. Dla ciekawych podaję wyliczenie. Jeśli na 10 kg dziczyzny potrzeba 22 dag soli, to na 8 kg należy wedle wyliczenia ekipy realizacyjnej Ostoi 18 dag soli. Mnie wyszło 17,6 dag! Ale żebym nie wyglądał na czepialskiego, sól soli nierówna! Darz bór!
 

Ostoja (2)


program dla myśliwych? (2)
27.09.2009 rok

Czekałem na ten dzień i godzinę!
Wyczytałem bowiem, że w niedzielę o świcie będzie nadany w misyjnej telewizji, za moje 17 zł miesięcznie,  80. odcinek Ostoi. A więc Jubileusz!!!
Żeby przypadkowo (licho nie śpi!) nie zaspać, prócz budzika sprężynowego nastawiłem elektroniczny.
I już oglądam pierwszą scenę myśliwską: dwa tysiące danieli za drutami na fermie!
Nieźle, jak na jubileuszowy program. Sam miód.
Ale też, żeby nie było jednoznacznie, dowiaduję się, że mięso z fermowej hodowli nie dorównuje temu z lasu. A więc górą nasi, darz bór!
Ścieśnione w okólniku jak barany, z korytami jak krowy, daniele rozmnażają się świetnie. Są też i minusy.
Tamtejszy łowczy okręgowy informuje mnie, że orły wybierają młode daniele. Brzydko ze strony orłów, zawsze mówili mi, że bieliki (bo te właśnie widzę żeglujące na tle nieba!) żywią się głównie rybami. No i daleko im, bielikom, do orłów. Nie tylko nazwą (orzeł przedni – bielik), wielkością (bielik dużo większy), wyglądem (wielki, zakrzywiony dziób i nieopierzone skoki bielika), lecz także pozycją systematyczną. Bieliki należą do innego rodzaju: Haliaeetus, orły to Aquila).
Myśliwym, i nie tylko im (Ostoję ogląda przecież 2 miliony widzów!), mającym trudności z odróżnieniem sokoła od jastrzębia, należałoby to powiedzieć!
Dowiadujemy się też z Ostoi o sukcesie Krainy Wielkich Jezior. Mazury wyprzedziły Puszczę Białowieską w rankingu na najpiękniejsze miejsce na Ziemi. Ten mały spłachetek wody (cytat z Ostoi) przeżywa trudne chwile: zaniedbany, zaśmiecony, z zacofaną infrastrukturą, z bezsensownymi pomysłami obecnych architektów gospodarczych powoduje, że Wielki Mistrz Ulrich von Kniprode przewraca się w grobie!
Tu Ostoja wyważa otwarte drzwi. O tym grzmi przez lata radio, telewizja i prasa. Nie przystoi miesięcznikowi, którego produkcja trwa jeszcze dłużej, a oczekiwanie na emisję wszystko dezaktualizuje,  podawać wiadomości z ostatniej chwili.
Nawet sensacja z Mikołajek o projekcie budowy mostu przez jezioro przestaje być sensacją w powodzi nonsensów. Chyba, że ten most miałby służyć myśliwym dla relaksu!!!
Na okrasę, choć to nie Okrasa, zapraszają nas do kuchni na schabik z rogacza. Degustuje mnie jednakże użycie jakiegoś metalowego ustrojstwa do rozbijania kotleta, sam używam dębowego tłuczka, tak metalowo potraktowane mięsko pewnie traci swoje walory. Nie dowierzam Mistrzowi, który mówi podczas smażenia „my go przewracamy”, a przewraca Marcin. Nie przywraca mojej wiary własnoręcznie wlana na patelnię śmietana. Prędzej uwierzę w potrzebę osobistego polania sarniny winem, bo może pomocnik mieć apetyt, wszak wino wytrawne. I schabik przedni, mięska dostarczył przecież dziki, leśny rogacz, nie karmiony (napakowany!) koncentratami na fermie tucznik.
Nie stanowi to jednak przeciwwagi złemu wrażeniu, jakie dostarczył cały program. Mało w nim łowiectwa, a jeszcze mniej o łowiectwie.
Z jubileuszowego odcinka, od którego należało oczekiwać przynajmniej odrobiny optymizmu i trochę fanfar, powiało smutkiem.
Jak to napisał Antoni Słonimski, mój ulubiony felietonista: Rzecz mogłaby mieć swoją wartość. Cóż, kiedy nie ma.
 

Ostoja


program dla myśliwych? (1)
23.08.2009 rok

Ostoja jest programem rozpoznawalnym.
Nie chcę wracać do rozterek, czy jest programem dla myśliwych, czy programem myśliwskim, a może o myśliwych.
Jakimkolwiek byłby lub nie był, rozbudza emocje. Czy pozytywne?
Kolejny, sierpniowy odcinek rozpoczyna widok klucza dzikich kaczek, a potem następuje kanonada. Ma to stanowić preludium do pokazania strzelnicy myśliwskiej. I na samym wstępie traci okazję do dydaktycznego wydźwięku: zestawienia polowania ze szkoleniem strzeleckim.
Szkolili się studenci SGGW stowarzyszeni w kole „Brać Łowiecka”. Przed kamerą występuje raczej starszy brat „braci” pełniąc funkcję narratora, ale nie czepiałbym się drobiazgów, gdyby z wiekiem szła poprawność przekazu. Po prostu pan opowiadacz wprowadzał oglądaczy i słuchaczy w błąd.
Poczynając od błędów gramatycznych (bo nie strzela się do „rzutek”, lecz do rzutków; a „im dalej oddalamy się” to dwa grzyby w barszcz!), poprzez geograficzne (darmo szukać strzelnicy w Tarczynie, bo ona jest w Suchodole), do językowych (rzutki podawane są z budek, nie z bud) i wreszcie merytorycznych: w sześcioboju myśliwskim nie ma konkurencji „skeet” i „trap”, to są konkurencje olimpijskie. Po zmodyfikowaniu i przystosowaniu do wymogów myśliwskich noszą one nazwy krąg myśliwski i oś myśliwska.
Typowo myśliwska konkurencja „przeloty”, zwana tylko potocznie bażantem, nie oddaje wrażenia strzelania w polu do bażantów, na przelotach bowiem strzelamy do dzikich kaczek i gęsi. 
Ukazana widzom telewizyjnym zabawa na strzelnicy, w której młodzież wykazywała się zręcznością w trafianiu do rzutków byłaby jeszcze zabawniejsza, gdyby realizatorzy wycięli moment, gdy jeden z zawodników dmucha w lufy po daniu strzału i otwarciu broni, a nasz przewodnik mówi o oddaniu strzału. To są błędy!
W lufy się nie dmucha, to maniera niegodna naśladowania, natomiast strzał się daje. „Oddać strzał” to germanizm (powtarzam to już po raz któryś z rzędu!); oddać można pieniądze lub kolesiowi w pysk na dyskotece!
Czwartą konkurencję śrutową pokazano poprawnie, nawet realistycznie, bo nie wszystkie strzały trafiały w cel, były również pudła. Żeby nie wyglądało, że to tak łatwo!
Uważni obserwatorzy mogli jedynie zauważyć nieco komiczną sylwetkę biegnącego zająca: wyglądał jak bliźniak syjamski, miał dwie głowy. Pierwszy raz tam strzelający koledzy są zwykle nieco zdezorientowani co do kierunku przebiegu: a może zawróci?
W drugiej części Ostoi autorzy pokazali niektóre ze zbiorów Muzeum Czartoryskich w Krakowie. Związek z łowiecką Ostoją był taki, że eksponowane tam są zbiory broni, niekoniecznie myśliwskiej, ale zabytkowej. Zabytkowy jest też jego, tego Muzeum, Kustosz, były minister kultury, dziś sędziwy, 90-letni uśmiechnięty staruszek, z przejęciem opowiadający o zamkach dawnej broni. Ale pomyłkę Pana Profesora zamka z Zamkiem mogli panowie autorzy wyretuszować!
Kuchnia dra Russaka, stanowiąca trzecią część Ostoi, jest sztuką samą w sobie. Przepis na turystyczny kociołek z ziemniakami, boczkiem i kiełbasą nie jest wprawdzie odkrywczy, bo zakryty kapuścianymi liśćmi; mimo wszystko mieliśmy zalecenie, by przy układaniu składników w garnku „intensywnie myśleć”! Wiadomo, myślenie ma kolosalną przyszłość!
Ale gdy patrzę na myśliwskiego fachowca od kuchni, to „kolosalny” kojarzy mi się całkiem z czym innym!
Darz bór!
 
<< Początek < Poprzednia 1 2 Następna > Ostatnie >>

Strona 1 z 2