O języku

Wszelka zbieżność z rzeczywistością nazwisk i zdarzeń występujących w tych tekstach jest przypadkowa. Stworzone  są one jedynie i użyte dla wyjaśnienia problemów językowych.

Na Zamku w Kwidzynie


Kwidzyńskie Stowarzyszenie Miłośników Kultury i Tradycji Łowieckich zorganizowało XII Powiślański Przegląd Muzyki Myśliwskiej im. Tomasza Bielawskiego w Kwidzynie w dniach 1 – 2 września 2012 roku.

Tu można przeczytać więcej:   http://tradycjelowieckie.pl/

alt

 

Na Przegląd zostałem zaproszony dzięki uprzejmości Kolegów Krzysztofa Kossowskiego z Gdańska i Andrzeja Mularczyka z Kwidzyna.

W drugim dniu Przeglądu przedstawiłem odczyt na temat tajemnic języka łowieckiego. Tekst zamieszczamy poniżej, zdjęcia niezadługo, gdy dojdą do mnie drogą elektroniczną.

 

 Tajemnice języka łowieckiego

 

Gdy zamieniłem kilka pierwszych słów z Kol. Andrzejem Mularczykiem, byłem trochę skonfundowany: bo co ja mogę powiedzieć na temat tajemnic języka łowieckiego? Jakie tajemnice może mieć jeszcze w sobie język, którym posługujemy się od prawieków?

Jeśli ktoś zaprzeczy, że łowiectwo nie ma tak długiej historii, proszę, niech wskaże choć jedno naskalne malowidło, w którym miast sceny polowania będą żniwa albo obieranie marchewki!

I drugi argument: co mogło pozostać tajemnego w języku, o którym przez ostatnie kilkaset lat napisano dziesiątki prac i kilkanaście różnych słowników.

Co może być w nim niezrozumiałego, jeśli język łowiecki przeniknął do ogólnopolskiego (odwrotnie też!), np. w takich związkach wyrazowych jak: nagonka prasowa, polowanie na czarownice lub strzelić byka!

Ale jednak?

Pierwsza enigma: gwara czy język?

Mądrzy uczeni tłumaczą, że to gwara środowiskowa, bowiem tak wynika z naukowych rozbiorów i dociekań.

Jeśli tak, to język literacki również jest gwarą, literatów mamy kilka tysięcy, a myśliwych ponad sto! Tak nieliczne środowisko ma mieć więc język, a dziesięćkroć liczniejsze łowieckie gwarę? Poza tym uczeni wierzą w moc sprawczą obyczaju. Myśliwski uzus przemawia więc za użyciem pojęcia język, bo tak oni mówią!

Jest jednak w języku łowieckim, gdy się w nim rozmiłujemy, wiele innych tajemnic!


Molierowski pan Jourdain nie wiedział, że całe życie mówił prozą. Wśród myśliwych też mamy takich panów, co nie wiedzą, a mówią.

Posłuchajmy reakcji fryca na zdanie, że rogacz jest w drugiej głowie: mówi ów fryc, że rogacz ma jedną głowę, w przeciwnym razie, mając dwie, byłby wybrykiem natury! Nieporozumienie polega na tym, że rogacz ma jeden łeb, a druga głowa znaczy tyle samo, co drugie poroże!

Inna omyłka: myśliwy trafił dzika w łeb, a dokładnie za ucho. Fryc wiedząc, że dzicze ucho to słuch, poprawia: trafił go za słuch! Dość trudno przekonać pewnego siebie młodzika, że trafienie zwierza w słuch w języku łowieckim nazywamy trafieniem za ucho!

Niby to samo, a jednak co innego!

 

 

Jedną z najtrudniejszych do rozwikłania tajemnic języka łowieckiego jest sprawa jego hermetyczności. My, myśliwi, mieliśmy stworzyć odrębne słownictwo w celu zamaskowania swych nieczystych i nawet, jak piszą w różnych mediach, zbrodniczych zamiarów. Znany skądinąd dziennikarz napisał nawet, że w związku z naszym atawizmem jedynym polowaniem, jakie przystoi cywilizowanemu społeczeństwu, jest polowanie na myśliwych.

W tym samym, a więc zbrodniczym celu, ubieramy się w dziwaczne stroje i stworzyliśmy mafijną organizację!

Cała ta bezprecedensowa nagonka opiera się na założeniu, że świnia jest naszą młodszą siostrą! Bez względu na to, czy jest dzika, czy udomowiona! Bo do tej dzikiej myśliwi strzelają, a tę domową, wychowaną i wykarmioną w chlewku, zamienia w kotlet schabowy rzeźnik! I wrażliwcy tego nie widzą.

Jak to jest z tą hermetycznością? Że to niby farba, znacząc w języku łowieckim krew zwierza, jest wyrazem zbrodniczych myśli Kowalskiego w kapeluszu z piórkiem, natomiast tenże sam Kowalski, nie nazywając eufemistycznie krwi upuszczanej Arabom czy Afgańczykom, jest bohaterem narodowym! To już Arab nie jest naszym bratem?

Więc farba zwierza i myśliwski mundur świadczy o mafijnym rodowodzie naszej, myśliwskiej organizacji, natomiast mundur, w którym paraduje Szwejk, jest chwalebnym świadectwem człowieczeństwa!

I cały czas mówię o łowieckim języku. Proszę nie stosować do kilku wypowiedzianych tu przeze mnie zdań nadinterpretacji! Nic innego nie miałem na myśli ponadto, co napisałem!

Eufemizm w języku łowieckim pomaga uniknąć niezbyt miłych, a często dosadnych lub wulgarnych określeń języka potocznego. To też są tajemnice naszej mowy! Jakże różnimy się my, myśliwi, od jarmarcznych określeń brukowej prasy, zaczytywanych przez część społeczności, podstawiając w wiadome miejsca słowa: talerz, pędzel, fartuszek czy wiecheć!

I na tym polega uroda i kultura łowieckiego języka.

A wszystkich jego tajemnic nie rozjaśnię w kilkunastu minutach naszej rozmowy.

 

Ambona

Ambona

Ta krótka wzmianka jest początkiem cyklu o słownictwie łowieckim.

Rozpoczynamy od hasła „ambona”:

ambona  „nadziemne stanowisko myśliwskie (odpowiednio zamaskowana platforma), budowane kilka m nad ziemią, na słupach lub na drzewie; ułatwia polowanie na zasiadkę i obserwowanie zwierzyny, zabezpiecza myśliwego przed dostrzeżeniem lub zwietrzeniem przez zwierza” – tak pisze Hoppe w swoim słowniku. Znajdziemy tu kilka nieprawidłowości. „Platforma”, to germanizm, należy go unikać. Można też pamiętać, że na drzewie nie budujemy ambony, taaltk nie traktuje się lasu!

Pisze też Hoppe o odmianie ambony, czatowni, choć zastrzega się, że nie jest to prawidłowe pojęcie:

czatownia –  „obudowane stanowisko myśliwskie na ziemi w rodzaju ziemianki, przygotowane do wyczekiwania w czasie mrozów – zwłaszcza na wilki i lisy przy przynęcie (np. padlinie); użytkowana także do polowania z puchaczem na drapieżniki lotne”; także –  „ błędna nazwa ambony”.

Jednak sugeruje dalej, że:

polowanie z zasiadki  „czatowanie na zwierzynę w ukryciu, np. na ambonie, w budce”, więc należałoby wnioskować o czatowni jako synonimie ambony. Ale czatuje się w czatowni.

(St. Hoppe Słownik Języka Łowieckiego PWN Warszawa 1966 wyd. I)

Podobnie nazywa te urządzenia łowieckie Burzyński:

ambona  „nadziemne stanowisko myśliwskie, umieszczone kilka metrów nad ziemią, na słupach lub na starych drzewach; ułatwia czaty i zasiadkę na zwierzynę i obserwowanie jej; zabezpiecza myśliwego przed dostrzeżeniem lub zwietrzeniem przez zwierza”: Była godzina popołudniowa [...], gdy po długiej  i męczącej drodze stanąłem u celu, wspinając się prymitywną drabiną na doskonale ukrytą w gałęziach grupy trzech świerków ambonę.

(Władysław Burzyński  Z Karpat, wspomnienia myśliwskie”)

 

Zbędnych opisów i nieścisłości unika słownik Jóźwiaka: 

„ambona – nadziemne stanowisko myśliwskie ułatwiające zasiadkę; wyżka – ambona prowizoryczna”.

Zygmunt Jóźwiak Kazimierz Biały Słownik podstawowych terminów łowieckich   i ekologicznych Wydawnictwo Łowiec Polski Warszawa 1994)

Autor rysunku: Danuta Konieczna Szczecin

 

 

Masa a umysł.

Nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być gorzej!

Zdarzyła nam się demokracja ze wszystkimi jej najgorszymi przyległościami. Głos półanalfabety liczy się równo z głosem naukowca, a profesor może pleść banialuki za parawanem autorytetu!

Tak było ze zjawiskiem nazywanym mianem „usus”. Jeśli coś się potocznie przyjęło, to ów usus usankcjonuje defekt. Więc rozumiem, że wskutek potocznego wśród masy czasownika „poszłem” autorytet naukowy potwierdzi kiedyś poprawność tej formy gramatycznej i przyzwoli na jej używanie.

Skąd to się bierze?

Z przewagi masy nad rozumem!

Niegdyś, w okresie rozkwitu sztuki kabaretowej (o ironio! było to w czasach siermiężnej epoki), autor skeczu chcąc zdyskredytować prostactwo, Sienkiewiczowską „ruję i porubstwo”, kpił słowami: czego się boisz głupia?  Sceniczne bon moty zostały przyjęte przez masę dosłownie, więc głupie się nie boją i rodzą w liceum.

W kinowych hitach o „sprawiedliwości po naszej stronie” kształtuje się pogląd o sądowej niezawisłości, a najpopularniejszy hydraulik, ten od „wężykiem, Jasiu, wężykiem” utwierdza miast odwieść od błędu wymowy końcówek gramatycznych „swojom kulturom osobistom”. Z żartu i kpiny utrwala się reguła, z której korzysta masa!

Im bardziej bezmyślny, idiotyczny tekst (czasem nawet ukryty sarkazm!) płynie z wszelkiej maści seriali, tym większą cieszy się popularnością. Masa wyznacza standardy!

 Nie sposób przytoczyć tu całej listy pokracznych neologizmów, kryjących się za autorytetem „naukowców”, wyczerpuje to ramy krótkiego felietonu.

Każdy, uważnie śledzący dyskusje na łamach prasy, sieci internetowej a nawet urzędowej dokumentacji, widzi poziom stosowanego tam języka.

Tej ogólnopolskiej mizerii elit sekunduje marność w łowiectwie.

Nie uważam wprawdzie, że każdy ma być Demostenesem mowy, Hemingway'em stylu, ale nie zwalnia to, przynajmniej części społeczności, od korzystania ze słowników poprawnościowych. To tak mało wysiłku kosztuje: jeśli są trudności w zapisie wyrazu „ważyć/warzyć”, trzeba najpierw ustalić znaczenie. Jeśli chcemy wykorzystać wagę, to przez „ż”, jeśli garnek z mlekiem na kuchni, to przez „rz”. W każdym słowniku to znajdziemy, jeśli nas pamięć zawodzi!

Trudniejsze są rozterki językowe w języku łowieckim, ponieważ ten często kieruje się innymi regułami, niż język ogólnopolski.

W Słowniku Hoppego nie wszystko jest poprawnie, ale nie wiem dlaczego właśnie to, co Autor dostrzegł, nie zostało dostrzeżone przez użytkownika. Myślę o związku wyrazowym „dać strzał”. Czytamy u Hoppego za Szoberem: „Co się zaś tyczy wyrażenia oddać [!] strzał, to […] zwrot ten jest grubym germanizmem”.

I tym obcym zwrotem szafują nie tylko myśliwi na polowaniu, ale nawet Minister w Rozporządzeniu: „...  myśliwska broń palna, z której po maksymalnym załadowaniu można oddać najwyżej sześć pojedynczych strzałów...”.

Jak można nie odróżniać w mowie dwóch różnych czasowników dać i oddać? Może na tej zasadzie, że najłatwiej jest wziąć, trochę trudniej dać, a oddać to już męki Tantala!

Z urzędniczej nowomowy pochodzi też nadużywany w myśliwskich opowieściach czasownik „pozyskać”, jak by nie było kilkunastu innych określeń na strzelenie zwierzyny. Nawet niektóre z nich, użyte w zdaniu, pozwalają na rozpoznanie gatunku upolowanej zwierzyny. Od razu wiemy, jaką zdobycz „strąciliśmy”, a jaką „powaliliśmy”. Nikt przecież nie powie, że strącił dzika, a pozyskują z uporem godnym lepszej sprawy niemal wszyscy! Zostawmy pozyskanie na potrzeby sprawozdawczości!

Nie można oddzielać sposobu wypowiadania się masy i elity, bo nawet dziś postawić myślnik trudno. To samo dotyczy mowy myśliwych, nie da się ukryć, że jest nieco inna, nawet w gramatyce: przecież na zapomnianym już prawie polowaniu na głuszce „podskakujemy koguta”, czego nie powiemy na wiejskim podwórku. Tam możemy podskoczyć do koguta! Ale są też zasady wspólne, kogut jest integralną częścią łowów i chłopskiego podwórka, tak jak pies, byk i baran!

Nawet dźwięki są wspólne lub zbliżone: psy szczekają, barany beczą a byki na rykowisku ryczą „eeee yyyy”.

I znów integralność jak na dłoni: wystarczy posłuchać radiowych czy telewizyjnych rozmów z politykami, działaczami, nie mówiąc już o „przypadkowo” zagadniętych przechodniach. Na ogół każda wypowiedź zaczyna się od przeciągniętego „eeee yyyy”!

Tym, którym wydaje się, że można tak i tak, podpowiadam: jeśli chcemy na polowaniu uhonorować zwierzynę, która prócz bogactwa wrażeń dostarczyła nam na dodatek mięsa, zdrowego mięsa, uhonorujmy ją ze smakiem, nie wystarczy patyk wsadzony w gębę i gęba pełna śmieci!

To w nas musi odnaleźć się ten złom, laurowy wieniec i oliwna gałązka!

 

Jak nas widzą


Wśród najlepszych ostrych piór XX wieku, oprócz Antoniego Słonimskiego, uznaję i wielbię Tadeusza Żeleńskiego. O ile pierwsze nazwisko kojarzy się łatwo –  nawet w szkołach peerelu uczniaki deklamowały jego Alarm (Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy. Niech trwa!) – o tyle drugie staje się znane prawie wszystkim dopiero po dodaniu przydomku Boy. Przed wojną w krakowskich „dobrych” domach straszono nim niegrzeczne dzieci oraz młodzieńców nieodpornych na paraliż postępowy. Lekkość pióra, prezentowana przez wspomnianych intelektualistów, sprawia, że ich myśl pozostaje aktualna do dziś. I tak pisze Boy o komedii (Wielki człowiek do małych interesów) Aleksandra hr. Fredry:
„Na świecie jest mnóstwo durniów: więcej, niż się przypuszcza. Gdyby ujawnić ich rzeczywistą liczbę, zrobiłby się popłoch. A jednak byłoby może w interesie społeczeństwa przeprowadzić taką rejestrację durniów. Każdy obywatel podałby listę swoich, wiadomych mu i sprawdzonych. Znam takich, którzy wyszliby z kilku list równocześnie. Pocieszmy się, że jeżeli dziś jest sporo durniów, dawniej było ich jeszcze więcej. Klimat był lepszy, gleba urodzajniejsza. Dojrzewali w słońcu, na inspektach wsi polskich, na fotelach prezesów i dyrektorów, w glorii funkcji obywatelskich”.
Zgłaszam swoją listę:
1. kabaret telewizyjny; w jury zasiadają znani „wielcy” naszej kultury, m.in. ten, co to nie płacze. Słucha owo jury dowcipów w rodzaju „ułóż zdanie ze słowem ananas: babka pierdła, a na nas smród leci!” Jury w osobie tego, co nie zwykł płakać, przeciwnie, zaśmiewa się do łez!
2. niedoszły mistrz mowy polskiej, ale biometeorologoprzepowiadacz, wspomina rok „dwutysiączny drugi”!
3. we wszystkich niemal mediach, z oficjalnymi włącznie, z niezwykłą odpornością na wiedzę, mówią i piszą o jeleniu byku, bażancie kogucie i sarnie kozie (a niemyśliwi dodają też swoje trzy grosze o miesiącu listopadzie, choć nie mówią o dniu wtorku!).
O innych, bardziej „wykwintnych” dowodach durnoty pisałem wielokrotnie i gdzie indziej. Nie pomogło! Jakie mogą być tego przyczyny? Niewątpliwie brak wiedzy, ale też zadufanie, nadmierne wyobrażenie o swojej wielkości i nieomylności, wreszcie chyba lekceważenie słuchaczy i czytelników. Przekonanie, że nie ma sposobu na rekonstrukcję konstrukcji…
Wiele można zrozumieć, wczuwając się w to, co pisał Tadeusz Boy- Żeleński o Fredrze, ale jeszcze więcej, czytając samego Fredrę. Co hrabia pisał o sobie:

„Wyjechaliśmy razem nie z równych pobudek,
Napoleon na Elbę, ja prosto do Rudek.
Tęskniłem za obozem… nudziłem się przeto,
I żeby coś robić, zostałem poetą.

Ach gdzież tam!... Byłem sobie, ot, szesnastoletnim
Pośród dwóch guwernerów nieukiem kompletnym,
Nigdy mi się nad książką nie zmarszczyło czoło,
Trąbka myśliwska w kniei była moją szkołą”.

Ale casus Fredry nie powtórzył się w historii więcej. Dziś brak szkoły owocuje nie komediami, ale farsą!  
 

Słownikowe rozważania (20)


I tak doszliśmy do końca, czyli do litery „Z”.
Kilka pierwszych haseł będzie znanych z innych pozycji, powtórzymy po prostu ich znaczenie. Więc mówiąc o stanowisku myśliwskim wspomnieliśmy o ‘zasiadce’:
- zasiadka
1.oczekiwanie na zwierzynę na stanowisku myśliwskim
2.   rodzaj polowania indywidualnego, polegający na oczekiwaniu na zwierzynę; 
mówiąc o porannych łowach na dzikie kaczki, czyli sadach, porównaliśmy je z hasłem ‘zlot’:
- zlot
zwykle w liczbie mnogiej ‘zloty’: gromadzenie się ptactwa łownego wieczorem na żerowisku lub rano na dzienny odpoczynek;
wyjaśniając różnicę między sforą a smyczą, przytoczyliśmy ‘złaję’:
- złaja
1.dwie, lub więcej, sfory ogarów
2.  kilka dzikarzy podkładanych w miocie.
Jest to kolejny dowód na bogactwo, wielokrotnie tu przytaczane, języka łowieckiego.
Coraz częściej mamy do czynienia z przykładami wyjazdów naszych myśliwych na polowania, które u nas przeszły do historii i dostępne są tylko w literaturze pięknej, ale całkiem poprawnie funkcjonują u sąsiadów przez miedzę, bez uszczerbku dla tamtejszych biotopów. Łowy na głuszce należą do najatrakcyjniejszych, więc przypomnijmy, jak to ongiś bywało!
Przed polowaniem (o świcie na tokującego koguta) należało w przeddzień udać się na ‘zapady’:
- zapady
1.miejsce, w którym głuszce siadają na nocleg przed porannymi tokami
2.wyszukiwanie miejsca na nocleg przez głuszce, wtedy myśliwy lub podprowadzający zasadza je;
duży ten ptak z wielkim łoskotem siada na wybranym na moczarze drzewie, będzie tam siedział do rana, gdy zacznie pieśń.
Myśliwy wycofuje się wtedy ostrożnie, mówimy, że ‘zasadził głuszca’, ale forma zwrotna tego czasownika oznacza inny sposób polowania:
- zasadzić
1.zasadzić koguta na zapadach: określić wieczorem miejsce zapadania kogutów głuszca na nocny spoczynek przed ich pieśnią o świcie
2.zasadzić się: usiąść na ambonie lub innym stanowisku w oczekiwaniu na zwierza;
No i konsekwencją tych zabiegów jest głuszec:
- zasadzony
o kogucie głuszca: umiejscowiony na zapadach.
Później tylko pozostaje wybrać się tam jeszcze przed świtem i w takt pieśni godowej ‘podskakiwać’ trubadura pierwotnej puszczy.
Wróćmy na nasze podwórko, dokładniej na strzelnicę, gdzie strzelcy popisują się mistrzostwem w sześcioboju. Szmer aplauzu w konkurencjach rzutkowych powoduje ‘zdymienie’ czarnego krążka:
- zdymić
tak rozbić rzutek strzałem, że „zadymi”, rozpryśnie się w pył.
Aby widać było, że alfabet się skończył, wybierzmy jedno hasło na literę „Ż”
- żerować
o zwierzynie: pobierać naturalny pokarm, a więc na poletku, a nie na karmisku.

20. odcinek rozważań zakończył cykl felietonów o języku łowieckim. Nie było założeniem pomysłu wyczerpanie całości tematu, to uczyni słownik, który jest już przygotowany do wydania. Ale jeśli byłyby jakieś wątpliwości dotyczące innych słów, proszę o pytania, propozycje dodatkowych omówień na adres strony klubowej:   
Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

Wrócimy do takich spraw w aneksach. Darz bór!
 
<< Początek < Poprzednia 1 2 3 4 5 6 7 Następna > Ostatnie >>

Strona 1 z 7